Z pism M. Mechtyldy – Konferencja na święto św. Benedykta

(…) Chcę wam powiedzieć parę słów o tym, jak [św. Benedykt] opuścił świat i poszedł na pustynię; o jego życiu tak bardzo podobnym do życia Jezusa Chrystusa, iż można powiedzieć, że było jedną z najwierniejszych jego kopii, w myśl słów św. Pawła: „Już nie ja żyję, ale Chrystus żyje we mnie“ (Ga 2,20).

Można by rzec, że został poprowadzony na pustynię, tak samo jak jego Boski Mistrz, po to, by być tam kuszonym i własnym przykładem pouczyć nas, wszystkie swoje dzieci, jak mamy z wielką odwagą zwyciężać pokusy nieprzyjaciela (…). Nie mam zamiaru, nakłaniać was do rzucania się w ciernie jak św. Benedykt, gdy atakuje was pokusa; lecz zachęcam, po pierwsze, do szukania jak on ratunku w modlitwie — ustnej i myślnej; po drugie, do rzucenia się w ramiona Boga, by tam przetrwać ukłucia i ciernie pokus, cierpliwie, tak długo, aż spodoba Mu się uwolnić was od nich.

Wyobraźcie sobie, tego młodziutkiego świętego, jak opuszcza dom rodzinny, porzucając wszystkie przywileje swego pochodzenia, ogarnięty wielkim światłem i łaską. W nim poznał, że nie wolno nic stawiać nad Boga. Opuszcza bez namysłu wszystkie wielkości, bogactwa i zaszczyty, o które mógł się ubiegać, i już odtąd nie powraca myślą do tego wszystkiego. Pojął, że tylko Bóg jest wielki. Wobec Niego cała reszta wydała mu się takim drobiazgiem, że uznał ją za nic w porównaniu ze szczęściem posiadania Boga. To go skłoniło do ucieczki i do szukania Boga na pustkowiu. Wychodzi z domu i powierza się Opatrzności, nie zważając na to, co się z nim stanie, ani nie wiedząc, dokąd ma iść. Gdyby wtedy ktoś spytał św. Benedykta, dokąd się udaje, pewnie odpowiedziałby, że szuka Boga, który sam tylko jest mocen zaspokoić jego pragnienie.

Podziwiajcie odwagę św. Benedykta. Nie tylko opuszcza bogactwa i zaszczyty, ale nie troszczy się o własny los i wypowiada sobie wojnę podejmując czuwania, posty i inne surowości, jakie praktykował na tym strasznym pustkowiu w swej najwcześniejszej młodości. A świadkiem tego był tylko Bóg. Ach, gdybyśmy mogły wejść do tej pieczary skalnej, by zobaczyć, co robi, czym się zajmuje w tej głębokiej samotności, wyszłybyśmy stamtąd przepełnione podziwem. Nie bez przyczyny św. Benedykt w każdej okoliczności skłania i zachęca swoje dzieci do samotności. Zna lepiej niż ktokolwiek płynące z niej korzyści. Był przecież doskonałym pustelnikiem nie tylko dlatego, że dzikość jego pustelni nie pozwalała na żadne kontakty z ludźmi, lecz dlatego, że jego serce i dusza były od nich całkowicie oderwane.

Być może powiecie mi, że warunki, w jakich żyjecie, nie pozwalają wam naśladować przykładu św. Benedykta, ponieważ z racji na pełnione obowiązki i na wasze zajęcia, musicie mieć do czynienia ze stworzeniami; że jesteście uzależnione od przełożonych; że nie możecie robić tego, co byście chciały; że niesłychanie trudno zachować samotność wśród tylu różnych usposobień, tak sprzecznych z waszym (…), które wzbudzają w was wielką antypatię.

Przyznaję, że na pustyni nie ma tych wszystkich trudności, ale miałybyście inne, i te wszystkie wymówki nie mogą was dyspensować od życia samotnego, choć bez udawania się na pustynię. Prawdziwa samotność nie polega na tym, żeby być samym, lecz na tym, aby sercem i duszą nie lgnąć do stworzeń, zawsze zachowując swą wolność, posługując się rzeczami stworzonymi tylko tyle, ile to jest konieczne. W ten sposób możecie być wśród stworzeń równie samotne jak na pustyni.

(…) Powiecie mi, że to łatwo mówić, a tymczasem wy musicie przebywać z osobami, do których czujecie antypatię, które was bez przerwy drażnią itd.

Wszystko to stanowi przedmiot waszych ofiar i okazję do zasługi — o ile będziecie wierne; lecz uważajcie: chodzi o to, by się dobrowolnie nie zajmować niedoskonałościami, błędami, słabościami innych — tym czymś nieuchwytnym w tej czy owej, co nam się nie podoba — i nie mówić na ten temat, (…) bo od chwili, kiedy będziecie widziały w nich co innego niż Boga, utracicie zasługę [wiary] (…).
CC 58 (2291)

Z pism M. Mechtyldy – Konferencja w wigilię święta św. Benedykta

(…) Chcę was zachęcić do radości z faktu, że jesteście córkami tak świętego Ojca [św. Benedykta]. Nie uchybiając żadnemu świętemu, mogę chyba powiedzieć, że on jest największym świętym w niebie — z wyjątkiem św. Józefa, któremu przypadło tam miejsce zupełnie niezwykłe. Wielka to łaska posiadać tak świętego Ojca. Ponieważ zaś ojcowie prawdziwie kochający swoje dzieci cieszą się ich szczęściem i starają się jak mogą, aby je im zapewnić, nie wolno nam wątpić, że nasz wielki święty darzy swoje dzieci szczególnymi względami.

Przy okazji powiem wam, że jesteśmy ostatnimi co do czasu, które otrzymały to, co najwspanialsze w naszym zakonie. Tak, mam na myśli nieustającą adorację. Wszak stanowi ona wewnętrzną Laus perennis (nieustające wychwalanie Boga). W początkach zakonu istniała zewnętrznie i dobrze by było, gdyby jeszcze trwała; my jednak utrzymujemy ją wewnętrznie, zmieniając się bez przerwy, dniem i nocą na adoracji. Wywiązujmy się zatem jak najlepiej z zadania, jakim obdarzyło nas serce naszego błogosławionego Ojca. Umierając płonął jak żertwa, aż gwałtowność ognia pozbawiła go życia. Te łaski nam przypadły w udziale. Musimy więc żyć w duchu świętości naszego Ojca. Przecież sam Bóg mówi do nas: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” (Kpł 11,44). Czy nie doświadczamy w sobie tej łaski, szepczącej nam bez ustanku te same słowa: „Bądźcie święte, ponieważ ja jestem święty”?
CC 56 (3129)

Z pism M. Mechtyldy - Uroczystość Świętego Ojca naszego Benedykta

(…) Chcę przynaglić was do radowania się szczęściem, że jesteście córkami takiego świętego Ojca. Mogę twierdzić, bez ujmy dla żadnego świętego, że – za wyjątkiem wielkiego świętego Józefa – jest on największym Świętym w niebie i że w niebie ma szczególna rangę. Posiadanie takiego świętego ojca jest niemałą łaską. (…) Nie zdołam wypowiedzieć wam, Siostry, z jaka gorliwością mamy obchodzić święto naszego wielkiego Patriarchy. Aby pobudzić nas do uczczenia go wystarczy świadomość, że jest on naszym Ojcem i Prawodawcą, że tajemnica Eucharystii, której mamy szczęście być poświęcone, stanowiła całą miłość jego świętego serca na ziemi. Stanowiła ją w takim stopniu, że Jezus -Hostia wyrwał go sobie samemu, aby go unieść do nieba. Święty Benedykt, który wyzionął ducha u stóp ołtarza jako żertwa ofiarowana Najświętszemu Sakramentowi, przekazał w spuściźnie swoją duszę u stóp tego ołtarza i jednocześnie oddał mu cały swój zakon. (…)

Jego życie upodobniło sie tak bardzo do życia Jezusa Chrystusa, że możemy stwierdzić, iż było ono jedną z najgodniejszych jegi podobizn. Mógł on powiedzieć za św. Pawłem: „Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus”. Możemy też powiedzieć o nim: został zaprowadzony na pustynię, aby tak jak Boski Mistrz byc kuszonym i swym przykładem nauczyć wszystkie swe dzieci przezwyciężania pokus. Swą wielką odwagą pokonał on nieprzyjaciela i wywarł na sobie taka zemstę, że szatan nie kusił go już nigdy w tej dziedzinie po tryumfalnie odniesionym przez niego zwycięstwie. (…) Podziwiajcie jego odwagę, a nie tylko jego przywileje i godności, które porzuca. Podziwiajcie również jego zapomnienie o sobie praktykowaną przez niego w tej samotności i w najwcześniejszejmłodości tr surowość, której jedynym swiadkiem był Bóg. (…) Żyjmy więc duchem swiętości naszego Ojca. Bóg również do nas sie zwraca: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” (Kpł 11,44).