Odnajdywać ukrytego Boga

Ojciec Piotr Rostworowski objaśniał kiedyś cel życia monastycznego najpierw metodą „nie wprost”: nie nauka, nie duszpasterstwo, nie liturgia. Kiedy więc zapytano: a zatem co? – odpowiedział krótko, że „jest nim nasza nieustanna wewnętrzna przemiana pod wpływem Bożej łaski”. Tyle. Mnich jest człowiekiem, który ma dać się nieustannie kształtować Panu Bogu. Czy to jednak zadanie tylko dla mnicha? Akcent położony na życiu duchowym wydaje się jedynie szczególnie podkreślać rzeczywistość, którą na różny sposób żyje cały Kościół. Życie każdego człowieka ma się, w zamysłach Bożych, nieustannie pogłębiać, dźwigać z ziemi i ludzkiego sposobu postępowania i myślenia – ku nadprzyrodzoności. To jest perspektywa aktualna dla wszystkich.

Niedawno z ust pewnej dziewięćdziesięcioletniej siostry zakonnej, karmelitanki, usłyszałem takie świadectwo: „Moje życie jest dziś pełniejsze niż kiedyś; po dziewięćdziesięciu latach Bóg darzy mnie nowymi łaskami i nieustannie podnosi w górę ku sobie. Nie ma okresu w moim życiu, o którym mogłabym powiedzieć, że był bogatszy w Jego łaskę niż ten, który przeżywam obecnie. Właśnie dziś Pan Jezus daje mi jeszcze więcej niż kiedykolwiek – w umiłowanej kenozie”.

Duchowość benedyktyńska patrzy na życie jako dar Boży, któ­ry ma prawo i możliwość rozwijać się w człowieku nieustannie, aż po ostateczne spotkanie z Panem. Ktoś powiedział, że powinniśmy przeszłość szanować i z niej czerpać, ale nie powinniśmy nadmiernie zajmować się nią, tracąc kontakt z chwilą obecną, ponieważ wówczas nie tyle pielęgnujemy dawne wartości, ile z rozrzewnieniem wspominamy lata, w których jeszcze „żyliśmy naprawdę”.

Dlatego podejmując temat „Odnajdywać ukrytego Boga” chciał­bym powiedzieć o rzeczach nowych i starych, i to w podwój­nym układzie: starych – bo to Tradycja Kościoła sięgająca je­go początków i jeszcze wstecz, do starotestamentowych korze­ni, nowych – bo to Tradycja odkryta z wielką głębią współcześnie w ruchu benedyktyńskim. Dalej – znów starych, bo to współczesne odkrycie poszło niemal zupełnie w niepamięć, i no­wych – bo mimo wszystko zapoczątkowane idee znów się powoli przebijają i dochodzą do głosu.

Kiedy słyszymy o „szukaniu Boga”, myśl nasza odruchowo zmie­rza ku jakiejś „metodzie” tego poszukiwania. Jeśli mamy Go szukać, musimy przede wszystkim wiedzieć, jak to robić. Ro­zu­mowanie wydaje się słuszne, jednak już na początku łatwo nie­właściwie rozłożyć akcenty: zastanawiamy się mianowicie naj­pierw „co mamy zrobić”, a może nawet „jaką metodą się posłu­żyć” (współczesne prądy w duchowości – chrześcijańskie i nie­chrześcijańskie – aż roją się od takich różnych „metod”), gdy tymczasem krokiem podstawowym jest nie tyle pytanie o metodę naszego poszukiwania, ile najpierw o to, w jaki sposób Bóg objawia samego siebie. Jeśli będziemy wiedzieli, w jaki sposób Bóg się nam objawia, będziemy wiedzieli, jak Go szukać i odnajdywać. Możemy nawet powiedzieć: odnajdziemy Go w ta­kim stopniu, w jakim zrozumiemy jak i do jakiego stopnia nas szukał.

Duchowość benedyktyńska, wnosząc znaczący wkład w przy­go­towanie ostatniego soboru, zwracała między innymi uwagę wła­śnie na konieczność refleksji nad metodą, jaką wybrał sam Bóg, by się człowiekowi objawić. Ojciec Cyprian Vagaggini, mnich z opactwa św. Andrzeja w Belgii, a następnie profesor w St. Anselmo i autor znacznej części soborowej Konstytucji o Li­turgii Świętej, zwracał uwagę, że Bóg objawia się człowiekowi przede wszystkim w formie świętej historii. W swym znakomitym dziele zatytułowanym Il senso teologico della liturgia, do dziś na polski nie tłumaczonym, pisze w rozdziale wstępnym:

Objawienie chrześcijańskie, tak jak przedstawia je Pismo Święte, nie jest w pierwszym rzędzie „światopoglądem” czy czymś w rodzaju objawionej metafizyki. Nie byłoby nawet słuszne uważać, że jawi się nam ono najpierw jako pewna zasada życiowa czy kodeks mądrościowy, zbiór przepisów czy system moralny. Owszem, Pismo Święte z naciskiem taki system również podaje, ale zawsze jako bezpośrednie następstwo czegoś innego, jako naturalną konsekwencję innego czynnika, z którego wszystko wypływa.

Objawienie przedstawia się przede wszystkim, jako historia, święta historia, która rozwija się wciąż dalej i która w następstwie wymaga pewnej określonej normy życia. Jest ona nigdy nie ustającą ingerencją Boga w świat, zmierzającą do tego, by przyciągnąć do Niego stworzenia obdarzone rozumem, udzielić im Jego boskiego życia i w ten sposób zbudować kosmiczne Królestwo Boże. To jest decydujący i specyficzny punkt widzenia, z którego Objawienie przedstawia wszystko o czym mówi. Nie chodzi zatem w pierwszym rzędzie ani o metafizykę ani o etykę, ale o historię ze światopoglądowym tłem i moralnymi konsekwencjami. Nadaje to judeo-chrześcijańskiemu objawieniu szczególny akcent, który głęboko odróżnia je od każdej czystej filozofii lub etyki. Człowiek powinien tak a nie inaczej postępować nie na podstawie przemyśleń filozoficznych czy innych, ale dlatego, że Bóg w Chrystusie i w Duchu Świętym w ten szczególny sposób wkroczył w historię świata i człowieka, każdego człowieka. Objawienie chrześcijańskie mówi: ponieważ Bóg odnosi się do ludzi, do ciebie, dlatego – również i ty powinieneś, tak a nie inaczej postępować[1].

To jest bardzo ważne, fundamentalne stwierdzenie. Objawienie Boże kojarzy się często przede wszystkim ze zbiorem dogmatycznych prawd o Bogu lub kodeksem moralnych norm postępowania. Tymczasem Biblia od samego początku ujmuje rzecz inaczej – przedstawia najpierw działanie Boże w ludzkiej historii, działanie, które Go objawia i prowadzi do odpowiedzi ze strony człowieka.

Już dla Starego Testamentu – pisze dalej ojciec Vagaggini – charakterystyczne jest łączenie motywu moralności przede wszystkim z Przymierzem, które Bóg zawarł z Izraelem. Widać to na przykład w Księdze Wyjścia w rozdziale 20, gdzie mowa jest o przykazaniach. Pierwsze przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną (Wj 20,3) poprzedzone jest umotywowaniem: Ja jestem Jahwe, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli (Wj 20,2). Za drugim przykazaniem: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani obrazu,.. nie będziesz oddawał im pokłonu ani nie będziesz im służył (Wj 20,4n) następuje umotywowanie: gdyż ja Jahwe jestem Bogiem zazdrosnym (Wj 20,5). Nakaz zachowywania szabatu będzie uzasadniony słowami: albowiem w sześciu dniach stworzył Bóg niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich istnieje, a w siódmym dniu odpoczął; dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uświęcił go (Wj 20,11)[2].

Wszystko zatem, co człowiek ma czynić względem Boga i dru­giego człowieka, umotywowane jest zawsze jakimś konkretnym Bożym działaniem. Tak w Biblii jest zawsze – od opisu dzieła stworzenia, przez historię narodu wybranego po odkupienie do­ko­nane przez Chrystusa i perspektywę wieczności.

Przyjrzyjmy się opisowi wydarzeń, które bezpośrednio poprze­dziły spisanie Dekalogu na kamiennych tablicach. Jest to zna­ny opis powołania Mojżesza i przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Już pierwszy rzut oka pozwala dostrzec znamienną rzecz – ta historia nie zaczyna się od spisania dziesięciu przykazań, lecz nim kończy. Biblia nie ustawia więc człowieka w relacji do Boga mówiąc: przestrzegaj przykazań, a Bóg się tobą zajmie. Owszem – jest to prawda, ale nie podstawowa, ona ma jeszcze swój głębszy fundament: najpierw jest działanie Boże, przez które Bóg się objawia, a potem następuje wezwanie do odpowiedzi ze strony człowieka. Poszczególne etapy można byłoby przedstawić następująco.

Punktem wyjścia jest dotkliwe poczucie niewoli. Naród wybrany, który rozrósł się dość znacznie w Egipcie, budzi w faraonie pewne poczucie zagrożenia, które staje się przyczyną dyskryminacji Izraelitów, a następnie ich prześladowania. To poczucie niesprawiedliwości wywołuje najpierw charakterystyczny bunt, który widzimy na przykładzie zachowania się Mojżesza: widząc, jak jeden z Egipcjan bije Hebrajczyka, zabił prześladowcę i ukrył go w piasku (por. Wj 2,11n). Już nazajutrz przekonał się, że nie prowadziło to do żadnego rozwiązania, a tylko pogorszyło sytuację, bo sprawa się ujawniła. Z drugiej strony zobaczył też, że i sam problem jest głębszy niż mu się zdawało, oto bowiem z kolei dwaj Hebrajczycy kłócili się ze sobą (Wj 2,13) – a tego nie dało się już rozwiązać siłą!

Mojżesz stał się po całym tym zajściu tylko jeszcze większym wygnańcem, który szczególnie głęboko doświadczył prawdy o znikomości ludzkich sił w walce przeciw niesprawiedliwości. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że właśnie dzięki temu został przygotowany do zrozumienia Bożego działania, które może okazać się jedynie skuteczne w całej tej sytuacji. Dlatego objawił mu się Bóg w krzewie gorejącym. Zapowiedział swoją interwencję i zaprosił do udziału w swoim dziele:

Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (Wj 3,7n).

Pierwszą reakcją Mojżesza była niechęć do poddania się temu wezwaniu. Nie potrafił zgodzić się na swoją słabość, a nawet śmieszność: Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do swego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał (Wj 4,10). Spodziewał się może, że Bóg jakoś zmieni ten stan rzeczy, ale nic z tego – Bóg wskazał tylko na to, że Aaron będzie mówił do ludu zamiast niego (Wj 4,14–16). Było to wezwanie do głębokiej pokory: jeśli chcesz być narzędziem w ręku Boga, musisz zgodzić się na swoje braki, by pozorem własnej doskonałości nie przesłaniać innym Tego, który się tobą chce posłużyć. Dobry przywódca wie, kto spośród powierzonych mu ludzi potrafi jego własne braki uzupełnić.

Mojżesz po tej walce wewnętrznej ostatecznie zgodził się współpracować z łaską otrzymaną od Boga. Ta zgoda nie miała znamienia jakiegoś błyskotliwego, ludzkiego zwycięstwa, lecz wręcz kapitulacji. Ale była to kapitulacja ludzkiej dumy wobec objawienia Bożego, a to jest wspaniałe zwycięstwo nad sobą i – jak się to wkrótce okaże – udział w mocy Bożej.

W Biblii mamy teraz z kolei znany opis plag egipskich. Od wewnątrz sytuacja przedstawia się następująco. Po ludzku rzecz biorąc, argument, którym Mojżesz posługuje się, by przekonać faraona, aby wypuścił dobrowolnie Izraelitów ze swego kraju, wygląda wręcz śmiesznie. Faraon jest głową najpotężniejszego ówcześnie państwa, a tu jakiś przywódca małego narodu wchodzącego w skład imperium domaga się wolności! Reakcję faraona nietrudno przewidzieć… jego odpowiedzią jest, oczywiście, zwiększenie jeszcze, dotychczasowego ucisku. Warto jednak przyjrzeć się owemu argumentowi, z którym Mojżesz poszedł do faraona: Tak powiedział Jahwe, Bóg Izraela: Wypuść mój lud, aby urządził na pustyni uroczystość ku mojej czci (Wj 5,1b). Zauważmy – Mojżesz nie idzie do faraona, by upominać się o sprawiedliwość społeczną, „prawa człowieka” czy cokolwiek w tym rodzaju. Te argumenty mogłyby być bardzo szlachetne, ale nie byłyby w stanie nikogo przekonać. Argument, którym posłużył się Mojżesz, też nikogo nie przekonał, ale odzwierciedlał właściwie ukie­runkowany wysiłek: pragniemy oddawać cześć Bogu tak, jak Mu się prawdziwie należy, to znaczy – chcemy przez swoje, słowa, myśli i czyny stawać się uczestnikami Bożych dzieł. Liturgiści dzisiejsi dodadzą uwagę, że Bóg polecił Mojżeszowi argumentować wobec faraona w ten sposób, by ukazać, że w liturgicznym akcie kultu zawarte jest działanie Boże, które uwalnia człowieka z niewoli, działanie, w którym człowiek przez liturgię partycypuje[3].

Ten dobrze ukierunkowany wysiłek wydaje się w pierwszej chwili nie przynosić owocu, a tylko jeszcze pogorszenie sytuacji. Na naród izraelski spadają dodatkowe obciążenia i prześladowania. A jednak ten wysiłek nie jest znowu tak całkiem bezskuteczny – w rzeczywistości zaczyna się dziać coś dziwnego: następują plagi, jedna po drugiej. Kiedy Mojżesz mimo kolejnych niepowodzeń nie ustępuje, mając za sobą poparcie narodu, a więc w pewnym sensie wyrażając jego duchowy wysiłek – faraon w końcu musi się ugiąć! – giną pierworodni Egiptu (prześladowanie wszczęte przeciw Izraelowi zwraca się dokładnie przeciwko prześladującym), następuje noc paschalna, przejście przez Morze Czerwone i klęska armii egipskiej. Wówczas, po przejściu Morza Czerwonego, lud wybrany śpiewa pieśń wdzięczności swemu Bogu. Teraz widzi wyraźnie, że Bóg jest obecny w jego historii, że w tę historię wchodzi ze swoim potężnym działaniem, którym toruje człowiekowi drogę. Ta pieśń wdzięczności – komentuje w swym wykładzie ks. Madeja – to narodziny liturgii Starego Przymierza.[4] Jest to coś absolutnie odmiennego od liturgii pogańskich, ponieważ zaczyna się właśnie od wdzięczności, to znaczy – widzimy, że Bóg działa, że idzie przed nami, a my za Nim. Poganin myślał odwrotnie: najpierw my – potem bóstwo.

Dopiero teraz, na tle tego całego objawienia, następuje zawarcie przymierza na Synaju i spisanie Dekalogu. Zobaczyłeś, że Bóg jest obecny i działa – oto prawo, które pozwoli ci utrzymać się w Jego boskiej obecności i skutecznej mocy działania. Ten przejrzysty – rzec można – „liturgiczny” kontekst dziesięciorga przykazań uwalnia natychmiast człowieka z „niewoli prawa”, kierując jego umysł i serce ku żywej, miłującej i potężnej Osobie niewidzialnego Boga, który objawia mu siebie przez wyraźne, czytelne znaki i wydarzenia. Warto zauważyć, że kamienne tablice noszą odtąd zawsze nazwę „tablic przymierza”, a nie „ta­blic prawa”.

Odtąd każdy nakaz moralny, każda nauka wzywająca człowieka do wierności zawartemu przymierzu jest w Biblii tak podana, że człowiek niejako w sobie samym może dostrzec jej pierwotny fundament. Wypływa ona bowiem niejako z jego własnej historii, w której sam Bóg ma pierwsze słowo i czyn.

W najwyższym stopniu – pisze ojciec Vagaggini – ta motywacja jest charakterystyczna dla głównego przykazania, aby miłować Boga ponad wszystko. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: Teraz Izraelu, czego żąda od ciebie twój Bóg Jahwe – tylko tego, byś się bał swego Boga Jahwe, chodził wszystkimi Jego drogami, miłował Go, służył twemu Bogu Jahwe z całego swego serca i z całej swojej duszy, strzegł poleceń Jahwe i Jego praw, które ja ci podaję dzisiaj dla twego dobra. Do twojego Boga Jahwe należą niebiosa, niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej. Tylko do twoich przodków skłonił się Jahwe miłując ich. Albo jak będzie uzasadnione przykazanie miłości cudzoziemców, którzy mieszkają wśród Izraelitów: Bóg nasz jest Bogiem nad bogami, Panem nad panami. On wymierza sprawiedliwość sierotom i wdowom, miłuje cudzoziemca udzielając mu chleba i odzienia. Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej[5].

Ponieważ w historii narodu wybranego działanie Boga objawia się w sposób szczególny, wezwanie do wierności Przymierzu uzyskuje w słowach proroków, jak w żadnej innej księdze spisanej rękami ludzkimi, wyjątkową siłę przekonania. Ta siła wypływa nie tylko ze znajomości objawienia, ale i ze znajomości człowieka. Prorocy nie mają wątpliwości, że ci, do których mówią, są w stanie zawsze w istotny sposób zrozumieć kierowane do nich przesłanie. Może ono być niejasne w wielu punktach i jako takie stanowić przedmiot uważnych studiów, ale odnośnie do najgłębszego fundamentu niejasności nie ma. Nie ma wątpliwości co do zawartego przymierza i co do podstawowej odpowiedzi, na jaką człowiek w związku z tym może i powinien się zdobyć. Po światło nie musi iść daleko – ono tak naprawdę jest w nim samym.

Spójrzmy, z jaką siłą wzywa Bóg naród do nawrócenia ustami proroka Ozeasza, któremu najpierw każe ożenić się z nierządnicą, by tym potężnym znakiem wzmocnić jeszcze swoje wezwanie: Idź, a weź za żonę kobietę, co uprawia nierząd, [bądź ojcem] dzieci nierządu; kraj bowiem uprawiając nierząd – odwraca się od Jahwe (Oz 1,2b). Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór; ona bowiem już nie jest moją żona, a Ja już nie jestem jej mężem. Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. W przeciwnym razie obnażę ją zupełnie i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; uczynię ja podobną do pustyni, sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, że zginie śmiercią z pragnienia (Oz 2,4).

Cała Księga Ozeasza jest napisana w tym stylu. Tu nie ma wątpliwości, że trzeba zmieniać swój sposób postępowania – wezwanie do nawrócenia jest oczywiste. Ta księga gromiąc mroki ludzkiego myślenia, dowodzi jednak tym samym „nie wprost” zdolności człowieka do wejścia w relację z Bogiem. Tru­dno byłoby chyba poza tradycją hebrajską znaleźć księgę, któ­ra z taką mocą dowodziłaby fundamentalnej wrażliwości czło­wieka na objawienie Boże.

Nowy Testament doprowadza objawienie do pełni. Porządek objawienia pozostaje przy tym ten sam: najpierw jest Boże działanie, potem odpowiedź ze strony człowieka. Święty Jan ujmuje to celnie w jednym zdaniu: Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci (1J 3,16).

Ojciec Vagaggini komentuje:

Wciąż na nowo powtarza się ta sama podstawa: norma moralna wypływa z historii, nie z metafizyki, a już w ogóle nie z potrzeb czy życzeń ludzkich. Boskie działanie, które staje się podstawą dla moralności, tworzy tu jeszcze o wiele bardziej wyjątkową historię niż w Starym Przymierzu. Jego punktem kulminacyjnym jest fakt, że Bóg w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas osobiście i z nami zamieszkał. Gdy Chrystus opuścił świat, zesłał od Ojca swego Ducha, który mieszka teraz
w wierzących, czyni ich dziećmi Bożymi i upodabnia do Chrystusa, by doprowadzić ich do ostatecznego celu[6].

Biorąc pod uwagę rzetelność objawienia się Boga człowiekowi, możemy wyciągnąć wniosek, że podstawą naszego „od­naj­dywania Boga” jest z jednej strony trzeźwa ocena niewystarczal­ności własnych sił, z drugiej – wiara, że mimo wszystko naprawdę jest to możliwe. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to wszelkie niepowodzenia spowodowane są albo zbytnią ufnością we własne siły, albo zwątpieniem w swoje możliwości poznawcze. Spójrzmy, jak argumentuje św. Paweł w 1 Liście do Koryntian:

Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa, będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy!Albo, czyż nie wiecie, że ten kto łączy się z nierządnicą stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – „dwoje jednym cia­łem” … Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?Za [wielką] bowiem cenę zostaliś­cie nabyci (1 Kor 6, 15–20).

W charakterystyczny sposób powtarza się ten zwrot: „Czyż nie wiecie?” Święty Paweł jest przekonany, że nie głosi nauki, któ­rej człowiek nie mógłby odczytać jako zapisanej w swoim własnym sercu. Stara się nie tyle „wyjaśniać”, ile uwrażliwiać adresatów na właściwe światło obecne w nich samych, które jedynie przygaszone zostało przez różnego rodzaju wpływy. Współczesny człowiek pytając o Boga, często czuje się jakby na rozdrożu, nie wie dokładnie, w którą stronę się skierować. I wtedy często pada z różnych stron zwodnicza odpowiedź: słuchaj, tak naprawdę nie wiadomo. Ta „odpowiedź” ze strony „życzliwych” przychodząc w momencie niepewności, podaje zwątpienie jako swoiste lekarstwo na tę niepewność. Człowiek zaś woli w coś raczej konkretnie zwątpić niż czuć się czegoś niepewnym, o ile nikt mu nie powie, że właśnie ta niepewność jest czymś bardzo wartościowym – punktem wyjścia, z którego może się rozpocząć prawdziwe poszukiwanie, wchodzenie w głąb samego siebie, docieranie do swej autentycznej, poznawczej wrażliwości. Święty Paweł powtarzając pytanie „Czyż nie wiecie?” budzi na nowo świadomość daru Ducha Świętego obecnego w Kościele.

W Liście do Rzymian św. Paweł głosi,

że Bóg zesłał nam Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla [usunięcia] grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech … Ci, którzy według ciała żyją, Bogu podobać się nie mogą. Wy jednak nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka … Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przy­brania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (por. Rz 8,3–15)

Wydaje mi się, że skuteczność tych słów Apostoła mierzy się nie tylko treścią samej nauki, ale i tym maleńkim, wtrąconym jakby mimochodem, a jakże ciekawym słówkiem przecież. Święty Paweł jest apostołem, który nie tylko głosi, że Pan Bóg nas uwolnił, ale jest to człowiek, który widzi, że ci, do których mówi, są ludźmi obdarowanymi wrażliwością poznania rzeczy Bożych. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli (Rz 8,15). Bóg nie jest całkowicie ukryty, z ukrycia się Pana Boga płynie w stronę człowieka bardzo konkretne światło – w tym wypadku budzące poczucie synostwa Bożego. Sam Duch – czytamy dalej – wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8,16n).

Odsłania się w tych słowach wspaniały, liturgiczny fundament, na którym stanęła duchowość pierwotnego Kościoła: być dzieckiem Bożym znaczy być członkiem Chrystusowego Ciała, mieć głębokie poczucie, że całe życie, ze wszystkim, co się w nim dzieje i może dziać, jest zanurzone w Bogu. „Od­naj­dy­wa­nie Boga” jest jedynie coraz lepszym, głębszym zrozumieniem Je­go miłości i daru, który pozostawił Kościołowi. Człowiek nie tylko słucha Pana Boga, nie tylko stara się naśladować Chrystusa, ale ponieważ jest członkiem Jego Ciała, więc również razem z Nim żyje, cierpi, umiera i zmartwychwstaje. Nie jest tylko – by tak rzec – przedmiotem zbawczych zabiegów Pana Boga, ale dzięki nim stał się ludem kapłańskim (zob. 1P 2,9) – współ-ce­le­bran­sem Jego Paschalnego Misterium. To właśnie ze szczególną mocą podkreśla św. Paweł mówiąc, że chrześcijanin nie jest już niewolnikiem, lecz synem (zob. Ga 4,7; por. Rz 8,15). Zrozumienie tych słów musi z konieczności rodzić odwagę do stawiania czoła przeciwnościom. Odwagę, której towarzyszy cierpliwość i ta pokora, której nam św. Benedykt wypisał dwanaście stopni.

Myślę, że gdy Ojciec Święty rozpoczynał swoje pasterzowanie od tych znanych słów: „Nie lękajcie się!”, to były one też odwołaniem się do tego faktu, że człowiek nie jest znowu aż tak całkiem zabłąkany, by nie umiał dostrzec, czego się w świecie trzymać. Natomiast lęk przed konsekwencjami może być faktycznie w człowieku większy od pragnienia życia w prawdzie. Radą na to – myślę – mogłoby być ożywienie i kontynuowanie tego ruchu liturgicznego, który stanął u podstaw ostatniego soboru. On jakoś na nowo uświadamia nam, że Bóg nie jest gdzieś poza światem, że staliśmy się członkami Ciała Chrystusa, że objawienie to nie jest przykazana człowiekowi „od­gór­nie” moralność czy metafizyka, ale historia święta, w której pier­wsze słowo i pierwszy czyn należą zawsze do Boga. Świado­mość, że mimo własnych słabości, jesteśmy z Nim „złączeni w jed­no” przez sakramenty, musi zaowocować ufnością na miarę sprzeciwu zła, którego dziś doświadczamy.

O. Konrad Małys OSB