Z pism M. Mechtyldy - Konferencja na II piątek Adwentu

Niech powiększą się wasze pragnienia i zapał waszych serc w oczekiwaniu na przyjście Jezusa. Zjednoczcie je z pragnieniami Najświętszej Dziewicy. Mówiłam wam już kiedyś, że jakkolwiek święte narodzenie przeminęło, to łaska tej tajemnicy odnawia się nieustannie w duszach, które się do niej przygotowują.

Jezus narodził się w każdym chrześcijaninie w chwili jego chrztu. Ponieważ jednak niewielu zachowuje tę bezcenną łaskę, Jego boska miłość przymusza Go do ponownego przyjścia i objawienia się w duszach przez ukształtowanie w nich swojego życia i cnót. Dlatego, kiedy spotykamy osobę bardzo pokorną i cierpliwą, winnyśmy dostrzegać w niej Jezusa, pełniącego na sposób Boski te wszystkie cnoty.

A zatem przyszedł i nieustannie przychodzi. To właśnie mówimy w responsorium brewiarzowym: Veniens veniet — „Przybywając, przybędzie”. O to właśnie trzeba Go ciągle prosić: Veni, Domine… — „Przyjdź, Panie…” i przygotowywać się do tej łaski przez milczenie, skupienie i pokój serca, w absolutnym oderwaniu się od siebie i od stworzeń. Bo tak właśnie żył Jezus na ziemi. Przebył swą drogę jako obcy i pielgrzym. A chociaż jest władcą stworzeń, znosił bezgraniczne ubóstwo. Tak właśnie my mamy żyć na ziemi, uważając się za obce, nie opierając się na żadnym stworzeniu; pamiętajmy, że nie tu jest nasza ojczyzna (por. Hbr 11,13-16; Flp 3,20), więc trzeba nam żyć w świętym ogołoceniu duchowym. Mówię: duchowym, bo co do bogactw doczesnych sądzę, że ani jedna z was nie chciałaby posiadać czegokolwiek. Można by jedynie zachować posiadanie własnego zdania, własnych uczuć, co stoi w wielkiej sprzeczności z obecnością w nas Jezusa.

Jest bardzo mało dusz, które by nie miały jakiegoś ukrytego przywiązania i oparcia w sobie lub w stworzeniach. Często [na przykład] ktoś upiera się przy własnych kaprysach i postępuje według nich. Ściąga to na duszę burze i zachmurzenia, które przesłaniają nam widok na piękne Słońce sprawiedliwości, utwierdzone na niebie naszej duszy jak na firmamencie. Czy nie jest to zdumiewające, że nosimy w sobie to piękne światło, a żyjemy w ciemnościach; że nie rozgrzewa nas ten niebiański ogień, który rozpala wszystkich serafinów? Skąd bierze się to nieszczęście? Stąd, że stawiamy przeszkodę jego łagodnemu oddziaływaniu: brak nam wiary, a jeżeli ją mamy, to nie czynimy z niej użytku. Nie żyjemy zgodnie z naszymi przekonaniami.

Wiara poucza nas, że Bóg jest niezmierzony, że wypełnia niebo i ziemię swym majestatem. Wiara nam mówi, że przebywa On w duszach w szczególny sposób i jest w nich wyryty niezmazalnymi zgłoskami. Powiem więcej: pozostaje On tam naprawdę nawet wtedy, gdy ktoś znieważył Go tysiącem grzechów śmiertelnych. To przerażające, ale jednak prawdziwe. Nie, nie, to nie są wymysły mojej głowy, lecz prawda wiary, która powinna nas nauczyć postępowania w głębokiej czci i adoracji Boga zawsze w nas obecnego.

Tak, w duszy przebywa cała Boska Trójca. Jeżeli zapytacie, gdzie Ona się znajduje: w głowie, sercu… odpowiem wam, że tak jak dusza przebywa w całym ciele i jest niepodzielna, podobnie Bóg wypełnia wszystkie władze naszej duszy. Jest wszędzie i we wszystkich jej częściach. A jakie jest Jego zajęcie? O, to jest niewyrażalne i niepojęte! Czyni w duszach to, co czynił odwiecznie: Ojciec rodzi Syna; Ojciec i Syn dają pochodzenie Duchowi Świętemu. Cała Boska Trójca kształtuje w nich Jezusa Chrystusa. Czyż nie mamy tu więc pięknego tematu do kontemplacji?

Sądzi się, że dusza kontemplacyjna to coś bardzo nadzwyczajnego — a przecież nic łatwiejszego. Kontemplować znaczy spoglądać na jakiś przedmiot. Wychodząc od prawdy wiary o obecności Boga w nas, pytam: czy nie jest to dość porywający temat, zdolny utrzymywać w podziwie i nieustannej kontemplacji?

Nie potrzeba szukać Boga w wielości praktyk. Kto szuka, nie posiada. Lecz należy w pokoju i słodyczy ducha kosztować tego nieskończonego skarbu, ponieważ posiadamy go nie mniej prawdziwie niż święci w niebie. O nieskończone szczęście, zbyt mało znane większości chrześcijan! Nie znają oni skarbu, który posiadają, a który został im dany przez Jezusa Chrystusa na chrzcie.

Róbmy użytek z tej prawdy, moje kochane Siostry, za pomocą tych kilku drobnych praktyk, o których mówiłam wam na początku. Ale przede wszystkim miejcie wielką miłość wzajemną, byście były jednym sercem i jedną duszą. O to Jezus modlił się do Ojca na krótko przed swą śmiercią. Mówił: „Mój Ojcze, spraw, aby byli jedno, jak Ty i ja jedno jesteśmy” (J 17, 22). O, zdumiewająca jedności!

Jezus chce, by ta miłość utrwaliła się wśród was. Ona już jest, ale nie tak doskonała, jak On tego pragnie. Pracujcie nad tym, zaklinam was. Nigdy nie mówcie o waszych Siostrach czegoś, co mogłoby je choć trochę umniejszyć. Jest to cnota bardzo delikatna: czasem wystarczy jedno słowo, by je zranić.

Pamiętajcie, że to miłość ma być oparciem i podtrzymaniem Instytutu Najświętszego Sakramentu. Gdyby, na nieszczęście, ta piękna cnota osłabła w waszych sercach, ujrzałybyście, że podupada on i ginie jeszcze za waszego życia. Bo zwróćcie uwagę: wydaje się, że nasz Pan nie chce, byśmy znajdowały oparcie i uznanie u stworzeń. Czuję nawet tak silny opór przed staraniami o to, że nie mogłabym tego uczynić; tak wielką mam odrazę do względów świata. O moje Siostry, ludzie są zbyt niestali, by się na nich oprzeć. Oprzyjmy się na Jezusie Chrystusie: tylko On jest wierny.
CC 4 (2641)