Modlitwa na trudne czasy

Każdy z nas, czy zwykły człowiek, czy zakonnik, czy zakonnica przechodzi przez dni nie do wytrzymania, kiedy wszystko boli, wszystko drażni, wszystko ciąży na sercu, czy to samo życie, czy praca, czy samo otoczenie, kiedy od pięciu, dziesięciu lub dwudziestu lat powtarzają się te drobne, ale nieznośne zdarzenia.

Tak trudno wtedy się modlić! Mamy ochotę porzucić wszystko i otoczenie, i siebie samego. To właśnie wtedy modlitwa jest nam niezmiernie potrzebna, ale nam się albo nie chce, albo nie umiemy znaleźć słów, ani samego nastawienia, mimo że to jedyne lekarstwo.

Weźmy na przykład kilka takich sytuacji:

I Kiedy się okazuje, że nie mam racji!

Panie, jak to trudno! Po prostu mam przyjąć, nie szukając jakiejś wymówki, jakiegoś wytłumaczenia: że inni mnie źle zrozumieli, że chciałem mówić inaczej. Mam się zgodzić, że się mylę i to nawet często. Panie, uwolnij mnie od obawy, że otoczenie zobaczy, że źle zrobiłem. Będę szczery. Tak, przyznaję, że głupstwo popełniłem: lepsze to, niż wykręty. Sam Panie, powiedziałeś: „Niech mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie. Co nadto, od złego pochodzi.” (Mt 5,37). Aby to stosować w praktyce, muszę się zachować po męsku; dziecinady w moim wieku nie można tolerować: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię; kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.” (1 Kor 13,11). „Panie dobrze, żeś mnie upokorzył.” (Ps 119 (118),71). Właściwie troszczę się o to, co inni o mnie myślą, zapominając, czym jestem przed Tobą. Niczym nie jestem, ale wiem jedno: że spojrzysz na mnie z Twą nieskończoną miłością.

II Kiedy mam dosyć otoczenia!

Często się zdarza, że ludzie mnie męczą, ci, których nazywamy swoimi braćmi, siostrami. Bracia moi, siostry moje stanowią ludzki kontekst, w którym się poruszam, ale oni nie zawsze są zabawni! Oni są tak inni, odmienni ode mnie, i każdy – choć może nie zdaje sobie z tego sprawy – narzuca mi swój temperament. Lecz muszę go szanować jego osobę, sposób myślenia, jego manie, a czasem i dziwactwa. Ale to nie wszystko! Panie, pod tym względem jesteś niezmiernie wymagający i twój umiłowany uczeń Jan, a także św. Paweł upominają, że mamy się wzajemnie miłować. Panie Jezu, oto twoje przykazanie, i jeżeli go nie spełniam, jestem obłudnikiem; sama pobożność moja to kpina. „Jeśliby ktoś mówił: < Miłuję Boga, a brata swojego nienawidził, jest kłamcą; albowiem, kto nie miłuje brata swojego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi>.” (1 J 4,20). To jasne. Nie ma żadnych wykrętów. Może w moim sercu nie ma wyraźnej nienawiści, ale przed Tobą, Panie, muszę przyznać, że roi się tam od nieprzychylnych uczuć, antypatii, uraz. Mam ochotę zamknąć drzwi mego serca. Owszem, z paroma ludźmi jest mi łatwiej, porozumiewamy się, to jest dla nas wygodne, ale inni! Ktokolwiek puka do drzwi, powinienem go przyjąć nie chłodno, ale serdecznie, jak gdybym na niego czekał. Niestety, zbyt często zapominam, żeś powiedział: „Jeżeli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?” (Mt 5,46). Nie umiem rozpoznać w każdym kogo spotkam Twojego oblicza.

Panie, pomóż mi, abym nie zamykał się przed innymi. Może oni potrzebują tylko mego uśmiechu. Pomóż mi przezwyciężyć egoizm, który króluje we mnie, pomóż mi zapomnieć o sobie. Czytam w Ewangelii, że tłumy szły za Tobą. One Cię otaczały, biedni i chorzy, dzieci i starcy, nawet grzesznicy. Oni przychodzili do Ciebie dzień i noc. Naucz mnie zachowywać serce stale otwarte, bym mógł zrozumieć innych. Nadto oświeć umysł mój, abym sobie jasno uświadomił, że ja też mam temperament, swój sposób myślenia i że bez wątpienia nieraz działam innym na nerwy. Słusznie powiedział św. Paweł: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnijcie prawo Chrystusowe. Niech każdy bada własne postępowanie…” (Gal 6,2.4).

III Kiedy wiara we mnie się zaćmiewa

To chodzenie po nocy ma coś nużącego. Nic nie widzę, chodzę jak ślepy. Gdyby to trwało tylko chwilę, można by to znieść, ale dni, miesiące, lata mijają. Podobno Teresa z Lisieux przeżywała taką ustawiczną noc! Panie, stale powtarzasz w Ewangelii: „Jeżeli wierzysz, będziesz uzdrowiony”, „Wszystko możliwe jest temu, który wierzy” (Mt 6,22). Wierzyć! Oto warunek zbawienia. Ale mam wrażenie, że moja wiara porusza się mechanicznie, z przyzwyczajenia, nieraz boję się, że to tylko puste słowo. Całe życie doczesne jest tak tajemnicze; a cóż powiedzieć o życiu nadprzyrodzonym, o życiu pozagrobowym? Zazdroszczę tym, którzy nigdy nie doznawali najmniejszej wątpliwości, dla których dogmaty i cała nadprzyrodzoność, Opatrzność Boża, każde najmniejsze zdarzenie ma swoje wytłumaczenie. Oni pływają po spokojnych wodach. Tak bym chciał, by wszystko było jasne, udowodnione. Nie chodzi mi nawet o wielkie prawdy naszej religii. Wiem, że Chrystus Bóg – Człowiek, jest Prawdą i Drogą i Żywotem. Wiem, że bez Niego wszystkie drogi prowadzą do nicości; ale chodzi mi o cierpienie, o ogrom ludzkich cierpień, o zło, co tak jawnie szaleje dzisiaj, o wzajemne przenikanie się nadprzyrodzoności i dnia codziennego. A jeszcze to: na co służą te moje drobne zajęcia? Co one mają wspólnego z tajemnicą tamtego świata? Mistycy maja rację, kiedy piszą o ciemnej nocy wiary! Ale, Panie, słyszę Twój głos: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” (Mt 8,26).

W takim razie Panie, daj mi światło, dzięki któremu będę mógł spokojnie chodzić po nieznanych ścieżkach. Ale znów słyszę Twój głos: „Włóż rękę twoją do moich rąk. Będzie to dla ciebie lepsze iż światło i pewniejsze niż znana droga”.

Przebacz mi, Panie, jesteś zawsze tu, obok mnie, ale ja o tym zapominam i potrafię tego nie zauważyć.

IV Kiedy starość usadowi się w moim życiu

Wiem, że na to nie ma rady. Powoli ona rozgościła się we mnie, bez uprzedzenia. Długo się łudziłem i z prawdziwą litością spoglądałem na biednych kalekich lub nieruchomych, zapominając, że lada dzień starość może zapukać do moich drzwi. Tak też się stało. Tylko że ona nie pukała. Wlazła i nie pytając o pozwolenie, stała się Panią domu. Muszę z nią się teraz liczyć, a nawet okazywać jej niezwykłe względy.

Oto najwyższy czas na praktykowanie pokory. Inni zostali wyznaczeni na moje miejsce. Nie pozwól, bym zatonął w czczej gadaninie i bym czuł się w obowiązku udzielać na lewo i prawo swoich rad, opierając się na rzekomej nieomylności mego doświadczenia.

Trudno, muszę się zgodzić na większą samotność, ale to nie znaczy, że wolno mi być zgryźliwym.

Panie Boże, i ja mam nerwy, ale Ty poucz mnie o dobroci, o łagodności i o cierpliwości, kiedy ktoś przychodzi do mnie ze swymi żalami.

Panie, czas mija, idzie naprzód, tak jak młodość i wiosna; nie pozwól, bym stale wracał myślą do tego, co już minęło, głosząc, że wtedy szło lepiej.

Święty Benedykt poleca, bym miłował młodych, nawet jeżeli ci ostatni zapominają o moim wieku. Muszę wierzyć – znowu ta wiara – muszę wierzyć, że Opatrzność Twoja działa dziś jak wczoraj i że młode pokolenia przyniosą swoje bogactwa.

Oto wymarzony czas na modlitwę, na ofiarę. Oto główne moje obecne zadanie: modlić się za Kościół, za świat, za moje otoczenie, choćby w milczeniu. Będzie to ofiara wieczorna – sacrificium vespertinum – i tak, dzień po dniu, będę się przyzwyczajać do tego, że śmierć się zbliża, nie, nie śmierć, ale Życie i że Twoje nieskończone miłosierdzie czeka na mnie z otwartymi rękami.

o. Karol van Oost OSB