Z pism M. Mechtyldy - Z listu o Bożym Narodzeniu

Propter nimiam caritatem — „Dla zbyt wielkiej miłości…” (Vulg. Ef 2,4) O zbyt wielka miłości Ojca Przedwiecznego, że dał nam własnego Syna; zesłał Go ze swego łona w łono Dziewicy i przez Nią dał Go światu. Prawda, wcielenie Słowa oddaje nieskończoną chwałę Ojcu, lecz posiada zarazem nieskończoną wartość dla nas. Jeżeli Narodzenie ogarnia swą mocą Osobę Boga stającego się dzieckiem, to dla nas jest korzyścią, że staje się On naszym bratem, bierze na siebie nasze sprawy, dokonuje naszego pojednania i wkłada nam na nowo w ręce dziedzictwo utracone przez grzech.

Ten Bóg-Dziecko ukrywa swą moc i Boski majestat w słabości i maleńkości dziecięctwa i sprowadzając się niejako do nicości, przyciąga nas do miłości swojej. Chce, byśmy swobodnie zbliżali się do Jego wielkości, i dlatego ukrywa swój blask w ciemnościach, słabości, ubóstwie, milczeniu, w zawierzeniu i bezwarunkowym uzależnieniu się, tak iż niemożliwością jest dostrzeżenie jakiegokolwiek śladu Bóstwa inaczej, jak tylko oczyma wiary. Płacze, drży z zimna, cierpi. Zobaczcie: czy tak wyglądają cechy Boga?

O, Słowo Ojca niebieskiego, pogrążone w głębokim milczeniu, które jednak przemawia w głębi naszych serc i słowami Ewangelii zachęca, by do Niego przyjść: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście obciążeni, uciśnieni, przytłoczeni troskami, nędzami, grzechami… Przyjdźcie do Mnie, a Ja was pokrzepię” (por. Mt 11,28). Przyszedłem na ziemię po to, by ponieść wasze słabości i uwolnić was spod tyranii waszych grzechów i nędz.

Jezus jest twoim oparciem i krzywdzisz Jego miłość i dobroć, jeżeli nie wierzysz w to z całych sił. On chce być uzupełnieniem wszystkiego, czego ci brak, a ponieważ nie masz nic godnego Boga, by ułagodzić Jego gniew, On wkłada się w twoje ręce, by stać się twoją hostią, twoją ofiarą pojednania i ekspiacji. Chce, byś znalazła w Nim to wszystko, czego ci brakuje, i byś przez Niego miała czym zadośćuczynić Bogu.

Kochaj Jezusa, którego miłość przekształca w dziecko. Tak, miłość czyni z Niego bardzo maleńkie dzieciątko, by dać ci do Niego przystęp i zranić twoje serce czułością tak rozkosznej miłości. O, Miłości! Miłości! Miłości! Kto kiedykolwiek zdoła zrozumieć, że miłość ma moc sprowadzić Boga do stajni na siano? O, boskie upojenie, które każe Bogu zapomnieć o Jego wielkości, by przyjść zamieszkać z tobą! Ach, jeśli nie możesz wpaść w zachwyt z podziwu dla tej miłości, to przynajmniej zanurz się w małości i nicości, świadcząc przez takie wyniszczenie, że nie jesteś godna tego pojąć, a to uniżenie zastąpi brakującą ci miłość.

Zwróć się do Najświętszej Matki tego Bożego Dziecięcia, którą widzisz u stóp żłóbka. Proś Ją, by nauczyła cię kochać Je i adorować. Trwaj ze czcią w świętej obecności Maryi i św. Józefa i włączaj się w hołdy, jakie Mu składają. Wniknij w duchu w ich święte usposobienie. Płoń z miłości — przynajmniej wolą — wraz z tymi dwoma serafinami, którzy nieustannie kochają, podziwiają i adorują Boga-Dziecko. Pozostawaj w stajence, którą powinnaś uważać za pałac Jezusa-Króla, a żłóbek za tron, na którym uniża się Jego wielkość. Jego Najświętsza Matka nauczy cię, jak masz Mu okazywać cześć. Nie zapominaj pozdrawiać codziennie Dziecko i Matkę. Proś ich pokornie o błogosławieństwo i o łaskę, by w twej duszy wyryły się święte skutki Jego narodzin. Zapomnij o sobie i o swoich sprawach. Niech w twoim sercu przebywa radość i wdzięczność. Stań się małą, łagodną, prostą, uległą, niewinną, pokorną, cierpliwą jak Jezus i bądź wraz z Nim jedną żertwą złożoną w ofierze Ojcu Przedwiecznemu.
CC 25 (2394)

Z pism M. Mechtyldy - Konferencja na święto Oczekiwania Najświętszej Maryi Panny

Dziś jest święto płomiennych pragnień Najświętszej Dziewicy. Jako córki tej Bożej Matki mamy je obchodzić z całym żarem serca; z wciąż ponawianym pragnieniem narodzin Boskiego Zbawcy w naszych duszach. Zakonnica-żertwa powinna pragnąć tylko chwały Boga oraz własnego wyniszczenia i unicestwienia. Ma się zajmować tylko tym i samym Bogiem. Niech się przyzwyczaja chcieć we wszystkim tylko Jego, żyć wiarą w Jego obecność w nas, niech pragnie, aby wyłącznie On w niej panował.

Pragnijcie więc przyjścia Jezusa Chrystusa, ponieważ to On chce, by tego pragnąć. Szczęśliwe te, które będą bardzo pragnęły: wcześniej czy później Go posiądą. Spójrzcie na Zacheusza, jak bardzo chciał zobaczyć naszego Pana i poznać Go. Nie mógł z powodu tłumu. Wspina się więc na sykomorę, obok której miał przechodzić dobry Mistrz, a Ten mówi mu: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać u ciebie” (Łk 19,5). Zwróćcie uwagę, z jaką radością nasz Pan patrzył na jego zapał. Jak szczęśliwa dusza, która po długiej tęsknocie za Jezusem Chrystusem wreszcie Go posiadła i doświadcza skutków Jego boskiej obecności — nie zmysłami, lecz wiarą! Wiara podnosi ją ponad nią samą, ponad stworzenia i wszystko, co ludzkie. Jaka jest szczęśliwa umiejąc poprzestawać na Bogu; adorować Go w swym wnętrzu dzięki tajemniczemu przylgnięciu do Jego działania.

Nie martwcie się, jeśli nie macie takich świateł i poznania, jakich byście pragnęły. Są dusze ulegające niepokojom z powodu swojego ubóstwa. Trochę cierpliwości! Jeszcze nie nadszedł czas wyznaczony przez Boga. On pracuje około swojego dzieła. Jeszcze nie jesteście zdolne do przyjęcia Jego darów i łask. Działaniu Bożemu w was stawia opór podłoże pychy. Gdyby nam odkrył to, czego w nas dokonuje bez naszej wiedzy, upoiłybyśmy się sobą sądząc, że zostałyśmy wyniesione do bardzo wysokich stanów duszy. Bóg widząc w nas to podłoże zła zanurza nas w udrękach, pokusach itd. Musicie więc nie tylko pragnąć przyjścia Boskiego Zbawcy, ale i przygotować się do tego milczeniem trzech władz duszy: milczeniem pamięci, milczeniem rozumu i milczeniem woli.
CC 11 (173)

Z pism M. Mechtyldy - Konferencja na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

Tota pulchra es Maria et macula non est in te — „Cała piękna jesteś, o dostojna Maryjo, i nie ma w Tobie skazy“ (antyfona; por. Pnp 4,7). Duch Święty zachował Cię od grzechu pierworodnego nie chcąc, by Twoje dziewicze ciało, z którego miało zostać utworzone święte Człowieczeństwo Jezusa, było skalane. Ach, jak jesteś szczęśliwa i milion razy szczęśliwa, że nigdy, ani na moment nie trwałaś w buncie przeciw Bogu; żeś Go nigdy nie zasmuciła w swym sercu jak my, którzy czynimy to codziennie przez nasze niewierności. O nieskończone szczęście; chciałabym móc nieustannie mówić: O, Maryjo, córko św. Anny i św. Joachima, chwało swojego ludu, jakże jesteś nieskończenie szczęśliwa, że nigdy nie było w Tobie grzechu. Jesteś błogosławiona od świętego momentu Twojego Niepokalanego Poczęcia. Zdaniem niektórych Ojców Kościoła oglądałaś Boga w Jego Boskiej istocie, a Twoja maleńka dusza wyprowadzona z niebytu już od tej chwili była doskonale z Nim zjednoczona; On ją ukochał przebóstwiającą miłością, ona trwała w Nim poprzez całkowite wyniszczenie siebie. Tyś poznała Boga i nigdy nie ściągnęłaś na siebie Jego niezadowolenia.

Tota pulchra es Maria et macula non est in te; tu gloria Jerusalem, tu laetitia Israel, tu honorificentia populi tui. – „Cała piękna jesteś, Maryjo, i nie ma w Tobie skazy; Tyś chwałą Jeruzalem, Tyś radością Izraela, Tyś chlubą swego narodu” (antyfony; por. Pnp 4,7; Jdt 15,9). Winszujemy Ci, piękna Królowo, przedmiocie upodobania Najświętszej Trójcy. Radujemy się z Twojego wiecznego wybrania i uznajemy Cię, już od momentu Twego Niepokalanego Poczęcia, za Panią i Królową naszych serc. Składamy Ci hołdy, cześć i poddajemy się Twej władzy jako Wybrance Ojca, Umiłowanej Syna i Rozkoszy Ducha Świętego. Od tej drogocennej chwili stałaś się świątynią uwielbionej Trójcy, a Bóg nigdy, ani na chwilę nie rozłączył się z Tobą. O, jakaż niepojęta łaska, której nie mogę się dosyć nadziwić ani wysławiać jej tak, jak na to zasługuje — która utrzymywała Cię zawsze w doskonałym zjednoczeniu z Bogiem; zawsze byłaś posłuszna Jego prawom, zawsze ożywiona Jego Duchem, zawsze wierna: Virgo Fidelis – „Panno wierna”. I zawsze płonąca Jego miłością, żyjąca w Nim i z Niego samego — w sposób niewytłumaczalny i niepojęty dla ludzkiego umysłu.

Tota pulchra es Maria – „Cała piękna jesteś, Maryjo” (por. Pnp 4,7). O najpiękniejsza z pięknych (por. Pnp 5,9), Tyś została w chwili poczęcia przyozdobiona takim pięknem, że zachwyciło ono serce samego Boga. O pierwsza piękności, która przyciągasz do siebie całą Trójcę Świętą. Tak, moja najdostojniejsza Królowo, jesteś przedmiotem zachwytu całego dworu niebieskiego i samego Boga, i można powiedzieć z głęboką czcią, że On zapragnął Twojej drogocennej piękności. Nie dziw się temu, bo jesteś arcydziełem Jego rąk! Wszechmoc przyozdobiła Cię wszystkimi łaskami i najświętszymi, najrzadszymi przymiotami, jakie tylko Bóg może stworzyć, bo po Nim nikt nie jest tak wielki ani tak dostojny jak Ty — w sposób tak przedziwny i wzniosły, że można by Cię wziąć za samego Boga, gdyby wiara nie powstrzymała serca i umysłu tego, kogo zaszczycasz, ukazując mu i objawiając coś z Twoich wielkości.

Tota pulchra es Maria – „Cała piękna jesteś, Maryjo” (por. Pnp 4,7). O cudowna piękności, oczyść czystością Twego Niepokalanego Poczęcia wszystko, co się poczyna w mojej duszy, sercu i umyśle. Dzięki najwyższej władzy, jakiej udzieliła Ci Najświętsza Trójca nad Kościołem, nad duszami poświęconymi Tobie, a zwłaszcza nade mną, Twoją niegodną niewolnicą, oczyść wszystkie moje myśli, poruszenia i czyny, pragnienia i uczucia. Niech już nie panuje we mnie nic poza czystą miłością do Jezusa, która dała początek Twojemu życiu i sprawiła jego spełnienie. A ponieważ moje naturalne poczęcie było splamione grzechem pierworodnym i życie moje jest pełne zepsucia, uproś mi dzisiaj miłosierdzie, bym się odnowiła i otrzymała jakieś współuczestnictwo w szczególnej i jedynej łasce Twojego Niepokalanego Poczęcia. Niech zostanę poczęta w Twym dziewiczym Sercu, o moja najdostojniejsza Królowo; za Twoją przyczyną niech wejdę wraz z Tobą w nowość życia, nie posiadając już innego niż to, jakie otrzymuję od Jezusa w Boskiej Eucharystii. Twoja łaskawość niech mnie przywróci do praw dziecka wobec do swego ojca; niechaj żyję Jego mistycznym Chlebem i niech każdy oddech mojego serca pozwala wzrastać we mnie Jego miłości aż do całkowitego przekształcenia w Niego. Wiem, że to jest Jego i Twoje pragnienie, i że podoba się Wam, gdy przedkładam Wam tak wielką prośbę, wykraczającą ponad moją nicość. Jestem niegodna posiadać tę łaskę, lecz od Twojej dobroci, moja Święta Pani, mogę wszystkiego oczekiwać. Wiesz o tym, że jesteś bez grzechu, a my — grzeszne: pomyśl o naszym nieszczęściu, rozważając łaskę, która Cię od niego uchroniła. Wystaraj się o nasze uwolnienie, wspomnij na naszą niedolę. (…)

Sicut lilium inter spinas — „Jak lilia pośród cierni” (Pnp 2,2). On strzegł Cię z cudowną troskliwością i od tej szczęśliwej chwili [Twego poczęcia] sprawił, że grzech nie miał do Ciebie przystępu, ukrył Cię w swoim łonie, abyś była Jego upodobaniem.

Tota pulchra es Maria — jesteś cała piękna i nade wszystko piękna, bo nigdy nie było i nie będzie istoty tak uprzywilejowanej jak Ty. O, cała piękna, idź, rosnąc z łaski w łaskę, z piękności w piękność, z dostojeństwa w dostojeństwo, aż staniesz się Matką Tego, który Cię uczynił i ukształtował — oto szczyt Jego miłości dla Ciebie. Ulituj się nad nami, o wszechpotężna Królowo nieba i ziemi! Ponieważ sam Bóg rozkochany w Twojej czystości Tobie się daje i poddaje, my składamy Ci teraz, w chwili Twego Poczęcia Niepokalanego ślub wieczystej niewoli. Uzależnić się od Ciebie na zawsze uważam za największą chwałę i zaszczyt.
CC 9 (2803)

Z pism M. Mechtyldy - Konferencja na II piątek Adwentu

Niech powiększą się wasze pragnienia i zapał waszych serc w oczekiwaniu na przyjście Jezusa. Zjednoczcie je z pragnieniami Najświętszej Dziewicy. Mówiłam wam już kiedyś, że jakkolwiek święte narodzenie przeminęło, to łaska tej tajemnicy odnawia się nieustannie w duszach, które się do niej przygotowują.

Jezus narodził się w każdym chrześcijaninie w chwili jego chrztu. Ponieważ jednak niewielu zachowuje tę bezcenną łaskę, Jego boska miłość przymusza Go do ponownego przyjścia i objawienia się w duszach przez ukształtowanie w nich swojego życia i cnót. Dlatego, kiedy spotykamy osobę bardzo pokorną i cierpliwą, winnyśmy dostrzegać w niej Jezusa, pełniącego na sposób Boski te wszystkie cnoty.

A zatem przyszedł i nieustannie przychodzi. To właśnie mówimy w responsorium brewiarzowym: Veniens veniet — „Przybywając, przybędzie”. O to właśnie trzeba Go ciągle prosić: Veni, Domine… — „Przyjdź, Panie…” i przygotowywać się do tej łaski przez milczenie, skupienie i pokój serca, w absolutnym oderwaniu się od siebie i od stworzeń. Bo tak właśnie żył Jezus na ziemi. Przebył swą drogę jako obcy i pielgrzym. A chociaż jest władcą stworzeń, znosił bezgraniczne ubóstwo. Tak właśnie my mamy żyć na ziemi, uważając się za obce, nie opierając się na żadnym stworzeniu; pamiętajmy, że nie tu jest nasza ojczyzna (por. Hbr 11,13-16; Flp 3,20), więc trzeba nam żyć w świętym ogołoceniu duchowym. Mówię: duchowym, bo co do bogactw doczesnych sądzę, że ani jedna z was nie chciałaby posiadać czegokolwiek. Można by jedynie zachować posiadanie własnego zdania, własnych uczuć, co stoi w wielkiej sprzeczności z obecnością w nas Jezusa.

Jest bardzo mało dusz, które by nie miały jakiegoś ukrytego przywiązania i oparcia w sobie lub w stworzeniach. Często [na przykład] ktoś upiera się przy własnych kaprysach i postępuje według nich. Ściąga to na duszę burze i zachmurzenia, które przesłaniają nam widok na piękne Słońce sprawiedliwości, utwierdzone na niebie naszej duszy jak na firmamencie. Czy nie jest to zdumiewające, że nosimy w sobie to piękne światło, a żyjemy w ciemnościach; że nie rozgrzewa nas ten niebiański ogień, który rozpala wszystkich serafinów? Skąd bierze się to nieszczęście? Stąd, że stawiamy przeszkodę jego łagodnemu oddziaływaniu: brak nam wiary, a jeżeli ją mamy, to nie czynimy z niej użytku. Nie żyjemy zgodnie z naszymi przekonaniami.

Wiara poucza nas, że Bóg jest niezmierzony, że wypełnia niebo i ziemię swym majestatem. Wiara nam mówi, że przebywa On w duszach w szczególny sposób i jest w nich wyryty niezmazalnymi zgłoskami. Powiem więcej: pozostaje On tam naprawdę nawet wtedy, gdy ktoś znieważył Go tysiącem grzechów śmiertelnych. To przerażające, ale jednak prawdziwe. Nie, nie, to nie są wymysły mojej głowy, lecz prawda wiary, która powinna nas nauczyć postępowania w głębokiej czci i adoracji Boga zawsze w nas obecnego.

Tak, w duszy przebywa cała Boska Trójca. Jeżeli zapytacie, gdzie Ona się znajduje: w głowie, sercu… odpowiem wam, że tak jak dusza przebywa w całym ciele i jest niepodzielna, podobnie Bóg wypełnia wszystkie władze naszej duszy. Jest wszędzie i we wszystkich jej częściach. A jakie jest Jego zajęcie? O, to jest niewyrażalne i niepojęte! Czyni w duszach to, co czynił odwiecznie: Ojciec rodzi Syna; Ojciec i Syn dają pochodzenie Duchowi Świętemu. Cała Boska Trójca kształtuje w nich Jezusa Chrystusa. Czyż nie mamy tu więc pięknego tematu do kontemplacji?

Sądzi się, że dusza kontemplacyjna to coś bardzo nadzwyczajnego — a przecież nic łatwiejszego. Kontemplować znaczy spoglądać na jakiś przedmiot. Wychodząc od prawdy wiary o obecności Boga w nas, pytam: czy nie jest to dość porywający temat, zdolny utrzymywać w podziwie i nieustannej kontemplacji?

Nie potrzeba szukać Boga w wielości praktyk. Kto szuka, nie posiada. Lecz należy w pokoju i słodyczy ducha kosztować tego nieskończonego skarbu, ponieważ posiadamy go nie mniej prawdziwie niż święci w niebie. O nieskończone szczęście, zbyt mało znane większości chrześcijan! Nie znają oni skarbu, który posiadają, a który został im dany przez Jezusa Chrystusa na chrzcie.

Róbmy użytek z tej prawdy, moje kochane Siostry, za pomocą tych kilku drobnych praktyk, o których mówiłam wam na początku. Ale przede wszystkim miejcie wielką miłość wzajemną, byście były jednym sercem i jedną duszą. O to Jezus modlił się do Ojca na krótko przed swą śmiercią. Mówił: „Mój Ojcze, spraw, aby byli jedno, jak Ty i ja jedno jesteśmy” (J 17, 22). O, zdumiewająca jedności!

Jezus chce, by ta miłość utrwaliła się wśród was. Ona już jest, ale nie tak doskonała, jak On tego pragnie. Pracujcie nad tym, zaklinam was. Nigdy nie mówcie o waszych Siostrach czegoś, co mogłoby je choć trochę umniejszyć. Jest to cnota bardzo delikatna: czasem wystarczy jedno słowo, by je zranić.

Pamiętajcie, że to miłość ma być oparciem i podtrzymaniem Instytutu Najświętszego Sakramentu. Gdyby, na nieszczęście, ta piękna cnota osłabła w waszych sercach, ujrzałybyście, że podupada on i ginie jeszcze za waszego życia. Bo zwróćcie uwagę: wydaje się, że nasz Pan nie chce, byśmy znajdowały oparcie i uznanie u stworzeń. Czuję nawet tak silny opór przed staraniami o to, że nie mogłabym tego uczynić; tak wielką mam odrazę do względów świata. O moje Siostry, ludzie są zbyt niestali, by się na nich oprzeć. Oprzyjmy się na Jezusie Chrystusie: tylko On jest wierny.
CC 4 (2641)

Królestwo Boże jest pośród nas!

Nasz Pan i Zbawiciel powiedział: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo tam. Oto bowiem Królestwo Boże pośród was jest”. Albowiem słowo to jest bardzo blisko, jest na naszych ustach i w naszym sercu. A zatem niewątpliwie ten, kto prosi o przyjście królestwa, modli się o to, ażeby to królestwo, które w nim jest, wzrastało, spełniło się i przynosiło owoce. W każdym bowiem ze świętych panuje Bóg, i każdy z nich poddaje się duchowemu Prawu mieszkającego w Nim Boga, i każdy jest jak gdyby dobrze zarządzaną społecznością. Obecny jest w nim Ojciec i w takiej duszy, pełnej doskonałości, wraz z Ojcem współkróluje Chrystus, tak jak jest powiedziane: „I przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy”.

A Królestwo Boże osiągnie w nas swoją pełnię, jeśli nieprzerwanie będziemy postępowali wciąż naprzód, i stanie się wedle słów Apostoła, że Chrystus podbije wszystkich swoich wrogów i „przekaże królowanie Bogu i Ojcu, aby Bóg był wszystkim we wszystkich”. Dlatego też módlmy się nieustannie i z natchnienia Pana w nas obecnego mówmy do Ojca naszego, który jest w niebie: „Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje”.

A to mamy wiedzieć o królestwie Bożym, że nic nie ma wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością ani światło z ciemnością, ani Chrystus z Belialem; tak też i królestwo Boże nie może współistnieć z królestwem grzechu.

Jeżeli więc chcemy, aby Bóg w nas panował, w żaden sposób „nie może królować grzech w naszym śmiertelnym ciele”, lecz mamy zadawać śmierć temu, co w nas jest ziemskie, a przynosić owoce Ducha. I mamy być dla Boga tym duchowym rajem, który On nawiedza i w którym On tylko panuje wraz z Chrystusem i niech Chrystus będzie z nami z tą mocą, którą pragniemy otrzymać. Niech będzie w nas Pan, aż rzuci pod swoje stopy wszystkich swoich nieprzyjaciół, którzy w nas są, i pokona w nas wszelką zwierzchność, władzę i moc.

To wszystko może się dokonać w każdym z nas, i jako ostatni wróg ma być pokonana śmierć; aby i w nas rzekł Chrystus: „Gdzież jest, o śmierci, twój oścień, gdzież twe zwycięstwo, otchłani?” Już więc teraz my, zniszczalni, przyobleczmy się w świętość i niezniszczalność, i my, śmiertelni, wyzwoleni od śmierci, przyobleczmy nieśmiertelność Ojca; a tak poddani Bogu, już teraz będziemy mieli udział w dobrach odrodzenia i zmartwychwstania.

(Z dzieła Orygenesa: „O modlitwie”)

Psalm 127 – Pomyślność pochodzi od Boga

1. Jeśli Pan nie zbuduje domu,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,
strażnik czuwa daremnie.
2. Daremne to dla was
wstawać przed świtem,
wysiadywać do późna,
dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko;
tyleż daje On i we śnie tym, których miłuje.
3. Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
4. Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
5. Szczęśliwy mąż,
który napełnił
nimi swój kołczan.
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał
z nieprzyjaciółmi w bramie.

MEDYTACJA

1. Psalm ten sławi Boże działanie. Bóg buduje jakiś dom, prowadzi jakieś wielkie dzieło. Kościół się buduje jako przybytek, gdzie Bóg mieszka i odbiera cześć. Taka jest myśl Boża w stosunku do całego stworzenia, której żadne działanie ludzkie nie może skierować na inne tory. Albo ją zrozumie i wejdzie w ten dom Boży, albo nie i wtedy zginie. Człowiek nie może budować sam, ale ma współpracować, trudzić się jako budowniczy współbudujący z Bogiem. Człowiek jest żywym kamieniem, który ma jakieś miejsce w tym murze, ale tylko to, które mu jest przeznaczone, bo istnieje tylko jedna budowa. Jeżeli nie wejdzie na swoje miejsce, to wyleci z budowy, bo nie wejdzie w ład Boży. Kamienie Boże muszą mieć pokorę, bo nie wszystkie będą w fasadzie. Człowiek musi uważać, by nie roić ambitnie o swym życiu, ale myśleć, czego Bóg chce od niego. Kamienie muszą być szlifowane, bo są chropowate, kanciaste. Stąd ucisk, jaki cierpimy od drugich – on jest potrzebny. Wchodzimy jako budowniczy. Człowiek musi wiedzieć, co buduje. Wielu ludzi buduje, ale poza budową Bożą. Wszystko, co nie Boże, jest nierealne. Uważajmy, żeby życie nasze było realne. Żeby to nie była nicość. Uważajmy, byśmy nie chcieli budować sami.

Jeśli Pan nie strzeże miasta… Tu mamy obraz Boga jako pełniącego straż nad miastem. Kościół jest miastem warownym, oblężonym przez wrogów – tak samo każda dusza. Czuwajcie, bo wróg może się wślizgnąć. Słusznie się mówi – czuwajcie. Ale niepodobna człowiekowi ustrzec się. Jedno tylko jest bezpieczne miejsce – obecność Boża. Tylko wtedy miasto jest strzeżone, gdy trwamy przed Bogiem, zagłębiamy się w Bożej obecności, gdy jesteśmy w Bogu. U nas dużo jest płycizny. Braku wiary. Stąd zdenerwowanie. Człowiek, który może nawet troszczy się o swoją doskonałość, ale nadmiernie, niespokojnie – niczego nie zbuduje. Niepokój nie może nic budować. Bo Bóg jest Bogiem pokoju. Szarpanina i niepokój wypływają z miłości własnej. Chcemy widzieć siebie tym, czym nie jesteśmy. Doskonałość jest prawdą, a prawda jest doskonałością. Prawda – to pokój. Pan Bóg nie daje nam drogi, po której trzeba iść ze zdenerwowaniem. Pan Bóg nie ucieknie, nie trzeba Go kurczowo trzymać – spokojnie leżeć w Jego rękach.

2. Próżny trud dla was wstawać już przed świtem, Nie można się trudzić, gdy nie wiemy jak działać. Umieć czekać na Boga, na zrozumienie, choć pewne rzeczy nas naglą. Łaska Boża ma swój czas. Nie można przyspieszać, bo to będzie wtedy coś ludzkiego, nie Bożego. Wszelka płodność pochodzi z życia wewnętrznego. Jeżeli nastawimy się na apostolstwo bez życia wewnętrznego, to nic z tego nie będzie. Wszelkie oddanie się Bogu, zjednoczenie się z Bogiem jest płodne. To jest prawo życia duchowego. Im czystsze oddanie się duszy Bogu, tym większy zasięg.

3. A synowie Boży są jak strzały w ręku Boga. Zawsze gotowi, gdzie Bóg pośle. W nich jest pokój. Bóg chce, aby nasze działanie wypływało ze spoczynkuw Bogu. Należy upodobnić nasze działanie do Bożegoprzez spokój, ład i trwanie w Bogu. Czy nasze działanie nie jest zbyt gorączkowe?Czy nie działamy sami, bez Boga?

o. Piotr Rostworowski OSB

Odnajdywać ukrytego Boga

Ojciec Piotr Rostworowski objaśniał kiedyś cel życia monastycznego najpierw metodą „nie wprost”: nie nauka, nie duszpasterstwo, nie liturgia. Kiedy więc zapytano: a zatem co? – odpowiedział krótko, że „jest nim nasza nieustanna wewnętrzna przemiana pod wpływem Bożej łaski”. Tyle. Mnich jest człowiekiem, który ma dać się nieustannie kształtować Panu Bogu. Czy to jednak zadanie tylko dla mnicha? Akcent położony na życiu duchowym wydaje się jedynie szczególnie podkreślać rzeczywistość, którą na różny sposób żyje cały Kościół. Życie każdego człowieka ma się, w zamysłach Bożych, nieustannie pogłębiać, dźwigać z ziemi i ludzkiego sposobu postępowania i myślenia – ku nadprzyrodzoności. To jest perspektywa aktualna dla wszystkich.

Niedawno z ust pewnej dziewięćdziesięcioletniej siostry zakonnej, karmelitanki, usłyszałem takie świadectwo: „Moje życie jest dziś pełniejsze niż kiedyś; po dziewięćdziesięciu latach Bóg darzy mnie nowymi łaskami i nieustannie podnosi w górę ku sobie. Nie ma okresu w moim życiu, o którym mogłabym powiedzieć, że był bogatszy w Jego łaskę niż ten, który przeżywam obecnie. Właśnie dziś Pan Jezus daje mi jeszcze więcej niż kiedykolwiek – w umiłowanej kenozie”.

Duchowość benedyktyńska patrzy na życie jako dar Boży, któ­ry ma prawo i możliwość rozwijać się w człowieku nieustannie, aż po ostateczne spotkanie z Panem. Ktoś powiedział, że powinniśmy przeszłość szanować i z niej czerpać, ale nie powinniśmy nadmiernie zajmować się nią, tracąc kontakt z chwilą obecną, ponieważ wówczas nie tyle pielęgnujemy dawne wartości, ile z rozrzewnieniem wspominamy lata, w których jeszcze „żyliśmy naprawdę”.

Dlatego podejmując temat „Odnajdywać ukrytego Boga” chciał­bym powiedzieć o rzeczach nowych i starych, i to w podwój­nym układzie: starych – bo to Tradycja Kościoła sięgająca je­go początków i jeszcze wstecz, do starotestamentowych korze­ni, nowych – bo to Tradycja odkryta z wielką głębią współcześnie w ruchu benedyktyńskim. Dalej – znów starych, bo to współczesne odkrycie poszło niemal zupełnie w niepamięć, i no­wych – bo mimo wszystko zapoczątkowane idee znów się powoli przebijają i dochodzą do głosu.

Kiedy słyszymy o „szukaniu Boga”, myśl nasza odruchowo zmie­rza ku jakiejś „metodzie” tego poszukiwania. Jeśli mamy Go szukać, musimy przede wszystkim wiedzieć, jak to robić. Ro­zu­mowanie wydaje się słuszne, jednak już na początku łatwo nie­właściwie rozłożyć akcenty: zastanawiamy się mianowicie naj­pierw „co mamy zrobić”, a może nawet „jaką metodą się posłu­żyć” (współczesne prądy w duchowości – chrześcijańskie i nie­chrześcijańskie – aż roją się od takich różnych „metod”), gdy tymczasem krokiem podstawowym jest nie tyle pytanie o metodę naszego poszukiwania, ile najpierw o to, w jaki sposób Bóg objawia samego siebie. Jeśli będziemy wiedzieli, w jaki sposób Bóg się nam objawia, będziemy wiedzieli, jak Go szukać i odnajdywać. Możemy nawet powiedzieć: odnajdziemy Go w ta­kim stopniu, w jakim zrozumiemy jak i do jakiego stopnia nas szukał.

Duchowość benedyktyńska, wnosząc znaczący wkład w przy­go­towanie ostatniego soboru, zwracała między innymi uwagę wła­śnie na konieczność refleksji nad metodą, jaką wybrał sam Bóg, by się człowiekowi objawić. Ojciec Cyprian Vagaggini, mnich z opactwa św. Andrzeja w Belgii, a następnie profesor w St. Anselmo i autor znacznej części soborowej Konstytucji o Li­turgii Świętej, zwracał uwagę, że Bóg objawia się człowiekowi przede wszystkim w formie świętej historii. W swym znakomitym dziele zatytułowanym Il senso teologico della liturgia, do dziś na polski nie tłumaczonym, pisze w rozdziale wstępnym:

Objawienie chrześcijańskie, tak jak przedstawia je Pismo Święte, nie jest w pierwszym rzędzie „światopoglądem” czy czymś w rodzaju objawionej metafizyki. Nie byłoby nawet słuszne uważać, że jawi się nam ono najpierw jako pewna zasada życiowa czy kodeks mądrościowy, zbiór przepisów czy system moralny. Owszem, Pismo Święte z naciskiem taki system również podaje, ale zawsze jako bezpośrednie następstwo czegoś innego, jako naturalną konsekwencję innego czynnika, z którego wszystko wypływa.

Objawienie przedstawia się przede wszystkim, jako historia, święta historia, która rozwija się wciąż dalej i która w następstwie wymaga pewnej określonej normy życia. Jest ona nigdy nie ustającą ingerencją Boga w świat, zmierzającą do tego, by przyciągnąć do Niego stworzenia obdarzone rozumem, udzielić im Jego boskiego życia i w ten sposób zbudować kosmiczne Królestwo Boże. To jest decydujący i specyficzny punkt widzenia, z którego Objawienie przedstawia wszystko o czym mówi. Nie chodzi zatem w pierwszym rzędzie ani o metafizykę ani o etykę, ale o historię ze światopoglądowym tłem i moralnymi konsekwencjami. Nadaje to judeo-chrześcijańskiemu objawieniu szczególny akcent, który głęboko odróżnia je od każdej czystej filozofii lub etyki. Człowiek powinien tak a nie inaczej postępować nie na podstawie przemyśleń filozoficznych czy innych, ale dlatego, że Bóg w Chrystusie i w Duchu Świętym w ten szczególny sposób wkroczył w historię świata i człowieka, każdego człowieka. Objawienie chrześcijańskie mówi: ponieważ Bóg odnosi się do ludzi, do ciebie, dlatego – również i ty powinieneś, tak a nie inaczej postępować[1].

To jest bardzo ważne, fundamentalne stwierdzenie. Objawienie Boże kojarzy się często przede wszystkim ze zbiorem dogmatycznych prawd o Bogu lub kodeksem moralnych norm postępowania. Tymczasem Biblia od samego początku ujmuje rzecz inaczej – przedstawia najpierw działanie Boże w ludzkiej historii, działanie, które Go objawia i prowadzi do odpowiedzi ze strony człowieka.

Już dla Starego Testamentu – pisze dalej ojciec Vagaggini – charakterystyczne jest łączenie motywu moralności przede wszystkim z Przymierzem, które Bóg zawarł z Izraelem. Widać to na przykład w Księdze Wyjścia w rozdziale 20, gdzie mowa jest o przykazaniach. Pierwsze przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną (Wj 20,3) poprzedzone jest umotywowaniem: Ja jestem Jahwe, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli (Wj 20,2). Za drugim przykazaniem: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani obrazu,.. nie będziesz oddawał im pokłonu ani nie będziesz im służył (Wj 20,4n) następuje umotywowanie: gdyż ja Jahwe jestem Bogiem zazdrosnym (Wj 20,5). Nakaz zachowywania szabatu będzie uzasadniony słowami: albowiem w sześciu dniach stworzył Bóg niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich istnieje, a w siódmym dniu odpoczął; dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uświęcił go (Wj 20,11)[2].

Wszystko zatem, co człowiek ma czynić względem Boga i dru­giego człowieka, umotywowane jest zawsze jakimś konkretnym Bożym działaniem. Tak w Biblii jest zawsze – od opisu dzieła stworzenia, przez historię narodu wybranego po odkupienie do­ko­nane przez Chrystusa i perspektywę wieczności.

Przyjrzyjmy się opisowi wydarzeń, które bezpośrednio poprze­dziły spisanie Dekalogu na kamiennych tablicach. Jest to zna­ny opis powołania Mojżesza i przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Już pierwszy rzut oka pozwala dostrzec znamienną rzecz – ta historia nie zaczyna się od spisania dziesięciu przykazań, lecz nim kończy. Biblia nie ustawia więc człowieka w relacji do Boga mówiąc: przestrzegaj przykazań, a Bóg się tobą zajmie. Owszem – jest to prawda, ale nie podstawowa, ona ma jeszcze swój głębszy fundament: najpierw jest działanie Boże, przez które Bóg się objawia, a potem następuje wezwanie do odpowiedzi ze strony człowieka. Poszczególne etapy można byłoby przedstawić następująco.

Punktem wyjścia jest dotkliwe poczucie niewoli. Naród wybrany, który rozrósł się dość znacznie w Egipcie, budzi w faraonie pewne poczucie zagrożenia, które staje się przyczyną dyskryminacji Izraelitów, a następnie ich prześladowania. To poczucie niesprawiedliwości wywołuje najpierw charakterystyczny bunt, który widzimy na przykładzie zachowania się Mojżesza: widząc, jak jeden z Egipcjan bije Hebrajczyka, zabił prześladowcę i ukrył go w piasku (por. Wj 2,11n). Już nazajutrz przekonał się, że nie prowadziło to do żadnego rozwiązania, a tylko pogorszyło sytuację, bo sprawa się ujawniła. Z drugiej strony zobaczył też, że i sam problem jest głębszy niż mu się zdawało, oto bowiem z kolei dwaj Hebrajczycy kłócili się ze sobą (Wj 2,13) – a tego nie dało się już rozwiązać siłą!

Mojżesz stał się po całym tym zajściu tylko jeszcze większym wygnańcem, który szczególnie głęboko doświadczył prawdy o znikomości ludzkich sił w walce przeciw niesprawiedliwości. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że właśnie dzięki temu został przygotowany do zrozumienia Bożego działania, które może okazać się jedynie skuteczne w całej tej sytuacji. Dlatego objawił mu się Bóg w krzewie gorejącym. Zapowiedział swoją interwencję i zaprosił do udziału w swoim dziele:

Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (Wj 3,7n).

Pierwszą reakcją Mojżesza była niechęć do poddania się temu wezwaniu. Nie potrafił zgodzić się na swoją słabość, a nawet śmieszność: Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do swego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał (Wj 4,10). Spodziewał się może, że Bóg jakoś zmieni ten stan rzeczy, ale nic z tego – Bóg wskazał tylko na to, że Aaron będzie mówił do ludu zamiast niego (Wj 4,14–16). Było to wezwanie do głębokiej pokory: jeśli chcesz być narzędziem w ręku Boga, musisz zgodzić się na swoje braki, by pozorem własnej doskonałości nie przesłaniać innym Tego, który się tobą chce posłużyć. Dobry przywódca wie, kto spośród powierzonych mu ludzi potrafi jego własne braki uzupełnić.

Mojżesz po tej walce wewnętrznej ostatecznie zgodził się współpracować z łaską otrzymaną od Boga. Ta zgoda nie miała znamienia jakiegoś błyskotliwego, ludzkiego zwycięstwa, lecz wręcz kapitulacji. Ale była to kapitulacja ludzkiej dumy wobec objawienia Bożego, a to jest wspaniałe zwycięstwo nad sobą i – jak się to wkrótce okaże – udział w mocy Bożej.

W Biblii mamy teraz z kolei znany opis plag egipskich. Od wewnątrz sytuacja przedstawia się następująco. Po ludzku rzecz biorąc, argument, którym Mojżesz posługuje się, by przekonać faraona, aby wypuścił dobrowolnie Izraelitów ze swego kraju, wygląda wręcz śmiesznie. Faraon jest głową najpotężniejszego ówcześnie państwa, a tu jakiś przywódca małego narodu wchodzącego w skład imperium domaga się wolności! Reakcję faraona nietrudno przewidzieć… jego odpowiedzią jest, oczywiście, zwiększenie jeszcze, dotychczasowego ucisku. Warto jednak przyjrzeć się owemu argumentowi, z którym Mojżesz poszedł do faraona: Tak powiedział Jahwe, Bóg Izraela: Wypuść mój lud, aby urządził na pustyni uroczystość ku mojej czci (Wj 5,1b). Zauważmy – Mojżesz nie idzie do faraona, by upominać się o sprawiedliwość społeczną, „prawa człowieka” czy cokolwiek w tym rodzaju. Te argumenty mogłyby być bardzo szlachetne, ale nie byłyby w stanie nikogo przekonać. Argument, którym posłużył się Mojżesz, też nikogo nie przekonał, ale odzwierciedlał właściwie ukie­runkowany wysiłek: pragniemy oddawać cześć Bogu tak, jak Mu się prawdziwie należy, to znaczy – chcemy przez swoje, słowa, myśli i czyny stawać się uczestnikami Bożych dzieł. Liturgiści dzisiejsi dodadzą uwagę, że Bóg polecił Mojżeszowi argumentować wobec faraona w ten sposób, by ukazać, że w liturgicznym akcie kultu zawarte jest działanie Boże, które uwalnia człowieka z niewoli, działanie, w którym człowiek przez liturgię partycypuje[3].

Ten dobrze ukierunkowany wysiłek wydaje się w pierwszej chwili nie przynosić owocu, a tylko jeszcze pogorszenie sytuacji. Na naród izraelski spadają dodatkowe obciążenia i prześladowania. A jednak ten wysiłek nie jest znowu tak całkiem bezskuteczny – w rzeczywistości zaczyna się dziać coś dziwnego: następują plagi, jedna po drugiej. Kiedy Mojżesz mimo kolejnych niepowodzeń nie ustępuje, mając za sobą poparcie narodu, a więc w pewnym sensie wyrażając jego duchowy wysiłek – faraon w końcu musi się ugiąć! – giną pierworodni Egiptu (prześladowanie wszczęte przeciw Izraelowi zwraca się dokładnie przeciwko prześladującym), następuje noc paschalna, przejście przez Morze Czerwone i klęska armii egipskiej. Wówczas, po przejściu Morza Czerwonego, lud wybrany śpiewa pieśń wdzięczności swemu Bogu. Teraz widzi wyraźnie, że Bóg jest obecny w jego historii, że w tę historię wchodzi ze swoim potężnym działaniem, którym toruje człowiekowi drogę. Ta pieśń wdzięczności – komentuje w swym wykładzie ks. Madeja – to narodziny liturgii Starego Przymierza.[4] Jest to coś absolutnie odmiennego od liturgii pogańskich, ponieważ zaczyna się właśnie od wdzięczności, to znaczy – widzimy, że Bóg działa, że idzie przed nami, a my za Nim. Poganin myślał odwrotnie: najpierw my – potem bóstwo.

Dopiero teraz, na tle tego całego objawienia, następuje zawarcie przymierza na Synaju i spisanie Dekalogu. Zobaczyłeś, że Bóg jest obecny i działa – oto prawo, które pozwoli ci utrzymać się w Jego boskiej obecności i skutecznej mocy działania. Ten przejrzysty – rzec można – „liturgiczny” kontekst dziesięciorga przykazań uwalnia natychmiast człowieka z „niewoli prawa”, kierując jego umysł i serce ku żywej, miłującej i potężnej Osobie niewidzialnego Boga, który objawia mu siebie przez wyraźne, czytelne znaki i wydarzenia. Warto zauważyć, że kamienne tablice noszą odtąd zawsze nazwę „tablic przymierza”, a nie „ta­blic prawa”.

Odtąd każdy nakaz moralny, każda nauka wzywająca człowieka do wierności zawartemu przymierzu jest w Biblii tak podana, że człowiek niejako w sobie samym może dostrzec jej pierwotny fundament. Wypływa ona bowiem niejako z jego własnej historii, w której sam Bóg ma pierwsze słowo i czyn.

W najwyższym stopniu – pisze ojciec Vagaggini – ta motywacja jest charakterystyczna dla głównego przykazania, aby miłować Boga ponad wszystko. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: Teraz Izraelu, czego żąda od ciebie twój Bóg Jahwe – tylko tego, byś się bał swego Boga Jahwe, chodził wszystkimi Jego drogami, miłował Go, służył twemu Bogu Jahwe z całego swego serca i z całej swojej duszy, strzegł poleceń Jahwe i Jego praw, które ja ci podaję dzisiaj dla twego dobra. Do twojego Boga Jahwe należą niebiosa, niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej. Tylko do twoich przodków skłonił się Jahwe miłując ich. Albo jak będzie uzasadnione przykazanie miłości cudzoziemców, którzy mieszkają wśród Izraelitów: Bóg nasz jest Bogiem nad bogami, Panem nad panami. On wymierza sprawiedliwość sierotom i wdowom, miłuje cudzoziemca udzielając mu chleba i odzienia. Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej[5].

Ponieważ w historii narodu wybranego działanie Boga objawia się w sposób szczególny, wezwanie do wierności Przymierzu uzyskuje w słowach proroków, jak w żadnej innej księdze spisanej rękami ludzkimi, wyjątkową siłę przekonania. Ta siła wypływa nie tylko ze znajomości objawienia, ale i ze znajomości człowieka. Prorocy nie mają wątpliwości, że ci, do których mówią, są w stanie zawsze w istotny sposób zrozumieć kierowane do nich przesłanie. Może ono być niejasne w wielu punktach i jako takie stanowić przedmiot uważnych studiów, ale odnośnie do najgłębszego fundamentu niejasności nie ma. Nie ma wątpliwości co do zawartego przymierza i co do podstawowej odpowiedzi, na jaką człowiek w związku z tym może i powinien się zdobyć. Po światło nie musi iść daleko – ono tak naprawdę jest w nim samym.

Spójrzmy, z jaką siłą wzywa Bóg naród do nawrócenia ustami proroka Ozeasza, któremu najpierw każe ożenić się z nierządnicą, by tym potężnym znakiem wzmocnić jeszcze swoje wezwanie: Idź, a weź za żonę kobietę, co uprawia nierząd, [bądź ojcem] dzieci nierządu; kraj bowiem uprawiając nierząd – odwraca się od Jahwe (Oz 1,2b). Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór; ona bowiem już nie jest moją żona, a Ja już nie jestem jej mężem. Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. W przeciwnym razie obnażę ją zupełnie i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; uczynię ja podobną do pustyni, sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, że zginie śmiercią z pragnienia (Oz 2,4).

Cała Księga Ozeasza jest napisana w tym stylu. Tu nie ma wątpliwości, że trzeba zmieniać swój sposób postępowania – wezwanie do nawrócenia jest oczywiste. Ta księga gromiąc mroki ludzkiego myślenia, dowodzi jednak tym samym „nie wprost” zdolności człowieka do wejścia w relację z Bogiem. Tru­dno byłoby chyba poza tradycją hebrajską znaleźć księgę, któ­ra z taką mocą dowodziłaby fundamentalnej wrażliwości czło­wieka na objawienie Boże.

Nowy Testament doprowadza objawienie do pełni. Porządek objawienia pozostaje przy tym ten sam: najpierw jest Boże działanie, potem odpowiedź ze strony człowieka. Święty Jan ujmuje to celnie w jednym zdaniu: Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci (1J 3,16).

Ojciec Vagaggini komentuje:

Wciąż na nowo powtarza się ta sama podstawa: norma moralna wypływa z historii, nie z metafizyki, a już w ogóle nie z potrzeb czy życzeń ludzkich. Boskie działanie, które staje się podstawą dla moralności, tworzy tu jeszcze o wiele bardziej wyjątkową historię niż w Starym Przymierzu. Jego punktem kulminacyjnym jest fakt, że Bóg w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas osobiście i z nami zamieszkał. Gdy Chrystus opuścił świat, zesłał od Ojca swego Ducha, który mieszka teraz
w wierzących, czyni ich dziećmi Bożymi i upodabnia do Chrystusa, by doprowadzić ich do ostatecznego celu[6].

Biorąc pod uwagę rzetelność objawienia się Boga człowiekowi, możemy wyciągnąć wniosek, że podstawą naszego „od­naj­dywania Boga” jest z jednej strony trzeźwa ocena niewystarczal­ności własnych sił, z drugiej – wiara, że mimo wszystko naprawdę jest to możliwe. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to wszelkie niepowodzenia spowodowane są albo zbytnią ufnością we własne siły, albo zwątpieniem w swoje możliwości poznawcze. Spójrzmy, jak argumentuje św. Paweł w 1 Liście do Koryntian:

Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa, będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy!Albo, czyż nie wiecie, że ten kto łączy się z nierządnicą stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – „dwoje jednym cia­łem” … Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?Za [wielką] bowiem cenę zostaliś­cie nabyci (1 Kor 6, 15–20).

W charakterystyczny sposób powtarza się ten zwrot: „Czyż nie wiecie?” Święty Paweł jest przekonany, że nie głosi nauki, któ­rej człowiek nie mógłby odczytać jako zapisanej w swoim własnym sercu. Stara się nie tyle „wyjaśniać”, ile uwrażliwiać adresatów na właściwe światło obecne w nich samych, które jedynie przygaszone zostało przez różnego rodzaju wpływy. Współczesny człowiek pytając o Boga, często czuje się jakby na rozdrożu, nie wie dokładnie, w którą stronę się skierować. I wtedy często pada z różnych stron zwodnicza odpowiedź: słuchaj, tak naprawdę nie wiadomo. Ta „odpowiedź” ze strony „życzliwych” przychodząc w momencie niepewności, podaje zwątpienie jako swoiste lekarstwo na tę niepewność. Człowiek zaś woli w coś raczej konkretnie zwątpić niż czuć się czegoś niepewnym, o ile nikt mu nie powie, że właśnie ta niepewność jest czymś bardzo wartościowym – punktem wyjścia, z którego może się rozpocząć prawdziwe poszukiwanie, wchodzenie w głąb samego siebie, docieranie do swej autentycznej, poznawczej wrażliwości. Święty Paweł powtarzając pytanie „Czyż nie wiecie?” budzi na nowo świadomość daru Ducha Świętego obecnego w Kościele.

W Liście do Rzymian św. Paweł głosi,

że Bóg zesłał nam Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla [usunięcia] grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech … Ci, którzy według ciała żyją, Bogu podobać się nie mogą. Wy jednak nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka … Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przy­brania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (por. Rz 8,3–15)

Wydaje mi się, że skuteczność tych słów Apostoła mierzy się nie tylko treścią samej nauki, ale i tym maleńkim, wtrąconym jakby mimochodem, a jakże ciekawym słówkiem przecież. Święty Paweł jest apostołem, który nie tylko głosi, że Pan Bóg nas uwolnił, ale jest to człowiek, który widzi, że ci, do których mówi, są ludźmi obdarowanymi wrażliwością poznania rzeczy Bożych. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli (Rz 8,15). Bóg nie jest całkowicie ukryty, z ukrycia się Pana Boga płynie w stronę człowieka bardzo konkretne światło – w tym wypadku budzące poczucie synostwa Bożego. Sam Duch – czytamy dalej – wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8,16n).

Odsłania się w tych słowach wspaniały, liturgiczny fundament, na którym stanęła duchowość pierwotnego Kościoła: być dzieckiem Bożym znaczy być członkiem Chrystusowego Ciała, mieć głębokie poczucie, że całe życie, ze wszystkim, co się w nim dzieje i może dziać, jest zanurzone w Bogu. „Od­naj­dy­wa­nie Boga” jest jedynie coraz lepszym, głębszym zrozumieniem Je­go miłości i daru, który pozostawił Kościołowi. Człowiek nie tylko słucha Pana Boga, nie tylko stara się naśladować Chrystusa, ale ponieważ jest członkiem Jego Ciała, więc również razem z Nim żyje, cierpi, umiera i zmartwychwstaje. Nie jest tylko – by tak rzec – przedmiotem zbawczych zabiegów Pana Boga, ale dzięki nim stał się ludem kapłańskim (zob. 1P 2,9) – współ-ce­le­bran­sem Jego Paschalnego Misterium. To właśnie ze szczególną mocą podkreśla św. Paweł mówiąc, że chrześcijanin nie jest już niewolnikiem, lecz synem (zob. Ga 4,7; por. Rz 8,15). Zrozumienie tych słów musi z konieczności rodzić odwagę do stawiania czoła przeciwnościom. Odwagę, której towarzyszy cierpliwość i ta pokora, której nam św. Benedykt wypisał dwanaście stopni.

Myślę, że gdy Ojciec Święty rozpoczynał swoje pasterzowanie od tych znanych słów: „Nie lękajcie się!”, to były one też odwołaniem się do tego faktu, że człowiek nie jest znowu aż tak całkiem zabłąkany, by nie umiał dostrzec, czego się w świecie trzymać. Natomiast lęk przed konsekwencjami może być faktycznie w człowieku większy od pragnienia życia w prawdzie. Radą na to – myślę – mogłoby być ożywienie i kontynuowanie tego ruchu liturgicznego, który stanął u podstaw ostatniego soboru. On jakoś na nowo uświadamia nam, że Bóg nie jest gdzieś poza światem, że staliśmy się członkami Ciała Chrystusa, że objawienie to nie jest przykazana człowiekowi „od­gór­nie” moralność czy metafizyka, ale historia święta, w której pier­wsze słowo i pierwszy czyn należą zawsze do Boga. Świado­mość, że mimo własnych słabości, jesteśmy z Nim „złączeni w jed­no” przez sakramenty, musi zaowocować ufnością na miarę sprzeciwu zła, którego dziś doświadczamy.

O. Konrad Małys OSB