O niespokojnym mnichu

1. W jednym z owych klasztorów, jakie Benedykt wo­kół pobudował, był pewien mnich, który nie mógł wy­trwać spokojnie na modlit­wie. Skoro tylko bra­cia po­chylali się pogrąża­jąc w modlitwie, wychodził za­raz na zewnątrz, a myśląc o wszystkim i o niczym zaj­mował się jakimiś sprawami ziemskimi i prze­mi­ja­jącymi. Jego opat wielokrotnie go upominał, wresz­cie zaś przyprowadził do męża Bożego, który rów­nież zganił ostro jego głupotę. Powróciwszy do swe­go klasztoru mnich ów zaledwie przez dwa dni prze­strze­gał zaleceń Benedykta, lecz już trzeciego po­wró­cił do dawnych przyzwyczajeń i zaczął znowu włó­czyć się w czasie modlitwy.

2. A kiedy ojciec tego klasz­toru, wyznaczo­ny po­prze­dnio przez Benedykta, do­niósł mu o tym, sługa Bo­ży powiedział: «Przyjdę i sam go uleczę».
Przybył zatem mąż Boży do owego klaszto­ru. A gdy w oznaczonej godzinie, po zakończe­niu psal­mo­dii, bracia oddali się modlitwie, ujrzał, jak tego właś­nie mnicha, który nie mógł wytrwać na mod­lit­wie, jakiś czarny człowieczek wyciąga za drzwi, uchwy­ciwszy go za brzeg habitu. Wówczas rzekł ci­cho do Pom­pejana, ojca tegoż klasztoru, i do sługi Bo­żego, Maura: „Czyż nie widzicie, kto to tego mni­cha wyciąga za drzwi?” Oni mu odpowiedzieli: „Nie”. Na to Benedykt: „Módlmy się, abyście i wy zo­baczyli, za kim ten mnich idzie”. Modli­li się przez dwa dni i wówczas mnich Maur zobaczył, Pom­pe­ja­nus zaś, ojciec tegoż klaszto­ru, nic nie mógł ujrzeć.

3. Nas­tępnego więc dnia, po zakończeniu mo­dli­twy, kie­dy mąż Boży wyszedł z orato­rium i znalazł sto­ją­ce­go na zewnątrz mnicha wychłostał go rózgą, aby wy­leczyć z zaślepie­nia serca. Od owego dnia czar­ny czło­wieczek nie mógł już go do niczego na­kło­nić. Mnich pozostawał niewzruszenie pogrążony w mo­dlit­wie. Odwieczny wróg nie próbował już wię­cej wtarg­nąć w jego myśli, zupełnie tak, jakby to on sam dos­tał chłostę.

 

Jak woda wytrysnęła ze skały dzięki modlitwie Benedykta

 

1. Z owych klasztorów, które Benedykt zbudował w tym miejscu, trzy znajdowały się wysoko na grzbie­cie górskim, tak że braciom było trudno scho­dzić stale po wodę do jeziora, tym bardziej że bie­gną­ca stromo droga przy­prawiała ich o nie­bez­pieczny za­wrót głowy. Wreszcie zebrali się bracia z tych trzech klasz­torów, przyszli do sługi Bożego Be­ne­dy­kta i po­wiedzieli: «Trudno jest nam codziennie scho­dzić po wodę aż do jeziora i dlatego też trzeba prze­nieść nasze klasztory gdzie in­dziej».

2. On zaś od­pra­wił ich dodając otuchy z wielką do­brocią. A tejże sa­mej nocy razem z małym chło­p­czy­kiem, Placydem (o którym wy­żej wspomniałem), wszedł na grzbiet owej góry i dłu­go tam się modlił. Po skończonej modlitwie, by za­znaczyć to miejsce uło­żył w nim trzy kamienie, po czym przez nikogo nie zauważony, powrócił do swe­go klasztoru.

3. Nazajutrz, gdy przyszli znowu do niego w spra­wie wody ci sami bracia, powiedział im: „Idź­cie, poszukajcie skały z trzema ułożonymi na niej ka­mie­niami. Wydrążcie ją nieco, a Bóg wszechmocny, by wam oszczędzić trudnej drogi, może sprawić, iż wo­da wytryśnie nawet na szczy­cie góry”. Poszli i rze­czywiście na skale, o któ­rej mówił Benedykt, zna­leźli już pierwsze krople wil­go­ci. A gdy wy­drą­ży­li w niej otwór, natychmiast na­peł­niła go woda, która wy­trysnęła tak obficie, że i dzi­siaj jesz­cze płynie wart­kim strumieniem spadając ze szczytu aż do pod­nóża góry.

 

O żelaznym ostrzu, które powróciło do swojej rękojeści

 

1. Innego razu pewien Got, ubogi duchem, prosił o do­puszczenie do życia wspólnego, a mąż Boży, Be­nedykt przyjął go bardzo ser­decznie. Pewnego dnia roz­kazał mu dać narzę­dzie żelazne zwane falcastrum (gdyż jest podobne do sierpa, łac. falx). Miał nim oczyś­cić z krzewów cierniowych miejsce przez­na­czo­ne pod ogród. Miejsce zaś owo leżało tuż nad sa­mym brzegiem jeziora. Kiedy Got zabrał się z całym roz­machem do roboty w gąszczu cier­ni, ostrze wys­ko­czyło mu z rękojeści i wpadło do jeziora. A woda by­ła tam tak głęboka, że nie mógł mieć żadnej na­dziei odzyskania tego kawałka żelaza.

2. Widząc, że ostrze przepadło, pobiegł Got do mnicha Maura i drżąc z przejęcia doniósł o szko­dzie, jaką wy­rzą­dził, a także zadość­uczynił za swą winę. Mnich Maur z ko­lei zawiadomił o tym szybko sługę Bożego, Bene­dykta. Be­ne­dykt zaś, dowiedziawszy się o wszystkim, przy­szedł na miejsce wypadku, wziął z ręki Gota rękojeść i wrzu­cił ją do jeziora, a wkrótce żelazo wypłynęło z głę­bi i samo połączyło się z rękojeścią. Mąż Boży od­dał zaraz narzędzie Gotowi. „Masz”, powie­dział, „pra­cuj i nie martw się dłużej”.

WsteczII księga Dialogów DalejII księga Dialogów