O młodym mnichu, którego ziemia wyrzuciła z grobu

1. Grzegorz: Pewnego dnia młodziutki mnich, przy­wią­zany nadmiernie do swoich rodziców, tak bardzo spie­szył do ich domu, iż wyszedł z klasztoru nie po­pro­siwszy o błogo­sławieństwo. A ledwo do nich przy­był, w tym samym dniu jeszcze umarł. Rodzice go pocho­wali, nazajutrz jednak znaleźli jego ciało leżą­ce na zewnątrz na ziemi. Złożyli go więc po raz drugi do grobu, lecz następnego dnia leżał znowu jak po­przed­nio na zewnątrz i nie po­grzebany.

2. Wówczas po­bieg­li czym prędzej rzucić się do stóp Ojca Be­ne­dyk­ta i prosili go z wielkim płaczem, żeby raczył przy­wró­cić zmarłemu swoją łaskę. A mąż Boży dał im włas­ną ręką Ciało Pana w hostii mówiąc: „Idźcie i po­łóżcie to Ciało Pańskie na piersi zmar­łego, po czym w ten sposób go pochowajcie”. Tak też uczyni­li, a ziemia tym razem przyjęła go i już więcej nie wyrzucała. Zastanów się, Piotrze, jak mi­ły musiał być Panu Jezusowi ów mąż, skoro ciała te­go, kto utracił łaskę Benedykta, nawet zie­mia nie chcia­ła przyjąć.
Piotr: Zastanawiam się właśnie i jestem pełen głę­bokiego podziwu.

 

Jak pewien mnich odchodząc z klasztoru spotkał po drodze smoka

 

1. Grzegorz: Jeden z jego mnichów uległ po­ku­sie nie­stałości i nie chciał pozostać w kla­sztorze. A cho­ciaż go mąż Boży ciągle ostrze­gał i często na­po­mi­nał, on jednak za żadną ce­nę nie zgadzał się żyć dłu­żej we wspólnocie, tylko wciąż usilnie prosił, by go pu­szczono. Pew­nego wreszcie dnia czcigodny Ojciec znu­żony jego natarczywością i rozgniewany, roz­kazał mu odejść.

2. Zaledwie ów mnich z klasztoru wyszedł, uj­rzał na drodze smoka, który groził mu szero­ko ot­war­tą paszczą. Widząc, że zamierza go po­żreć, cały drżą­cy, zaczął wołać wielkim głosem: „Chodźcie szyb­ko, bo smok mnie po­żre!” Przybiegli bracia, nie zo­baczyli jednak żadnego smoka, ale przerażonego i roz­trzęsio­nego mnicha przyprowadzili z powrotem do klasztoru. Od razu też złożył przyrzeczenie, że nig­dy klasztoru nie opuści i od tej chwili po­został swe­mu przyrzeczeniu wierny. Modlitwy świętego mę­ża pozwoliły mu bowiem ujrzeć przed sobą tego smo­ka, za którym, nie widząc go, szedł poprzednio.

 

O cudownym uleczeniu sługi

 

1. Sądzę również, że nie należy przemilczeć i tego, co opowiedział mi dostojny Antoniusz. Sługa jego oj­ca został mianowicie dotknięty chorobą zwaną ele­fan­tiazis: włosy mu wypada­ły, skóra brzękła i nie da­wa­ło się już ukryć wyciekającej ropy. Posłany przez swe­go pana do męża Bożego, natychmiast odzyskał w peł­ni zdrowie.

 

O cudownym spłaceniu długu

 

1. Nie pominę też tego, o czym często op­o­wiadał uczeń Benedykta, Peregrinus. Kiedyś pewien czło­wiek pobożny znalazł się w sytu­acji bez wyjścia, gdyż nie mógł spłacić zacią­gniętego długu. Doszedł wów­czas do wniosku, że pozostała mu tylko jedna dro­ga ratunku: pójść do męża Bożego i przedstawić mu całą trudność. Udał się zatem do klasztoru, od­na­lazł sługę wszechmogącego Boga i wyznał mu, że jego wierzyciel domaga się bezwzględnie zwrotu dwu­nastu solidów (złotych monet). Czcigodny Ojciec od­rzekł, że nie ma niestety, owych dwunastu so­li­dów, lecz zarazem starał się dobrotliwie pocieszyć go w stra­pieniu: „Idź i po dwóch dniach przyjdź znowu, bo dzisiaj brak mi tego, czego ci potrzeba”.

2. A przez te dwa dni, jak zwykle, modlił się wytrwale. Trze­cie­go dnia wrócił udręczony dłużnik i oto nagle na skrzy­ni klasztornej, która była pełna zboża, znalazło się trzynaście solidów. Mąż Boży kazał je przynieść i wręczyć szu­ka­ją­ce­mu pomocy nieszczęśnikowi. Powie­dział przy tym, by zwrócił dwanaście, a jeden zatrzymał na własne wy­datki.

3. Powróćmy jednak teraz do tego, o czym do­wie­działem się od jego uczniów wymienio­nych na sa­mym początku tej księgi. Pewien człowiek na przy­kład był trawiony straszną zazdrością. Tak bardzo nie­nawidził swego rywala, że ukradkiem domieszał mu trucizny do napoju. Ten wprawdzie nie umarł, lecz trucizna zmieniła kolor jego skóry, tak że na cał­ym ciele wystąpiły plamy, które przypomi­nały trąd swoim wyglądem. Chory przywie­dziony do mę­ża Bożego, szybko odzyskał w pełni zdrowie, bo gdy tyl­ko Benedykt go dotknął, zaraz wszystkie plamy zniknęły.

WsteczII księga Dialogów DalejII księga Dialogów