O głazie ogromnym podniesionym siłą modlitwy Benedykta

1. Pewnego dnia bracia pracujący przy bu­do­wie miesz­kań klasztornych, natrafili na głaz ogromny, któ­ry postanowili podnieść i wmu­rować. Gdy go dwaj ani trzej nie mogli po­ruszyć, pospieszyło im na po­moc wielu in­nych, lecz kamień nawet nie drgnął, jak­by zapuścił korzenie w ziemi, aż stało się całkiem oczy­wiste, że to odwieczny wróg we własnej osobie na nim siedzi i dlatego nie są w stanie ruszyć go z miej­sca połączone wysiłki tylu mężów. Wo­bec ta­kiej trudności zawiadomiono męża Bożego, prosząc by przyszedł i modlitwą od­pędził wroga, bo inaczej ka­mienia nie unio­są. Benedykt natychmiast przybył, po­modlił się, pobłogosławił. I ogromny głaz został tak łatwo podniesiony, jakby w ogóle nic nie wa­żył.

 

O rzekomym pożarze w kuchni

 

1. Mąż Boży doszedł do wniosku, że trzeba, aby w tym właśnie miejscu zaczęli kopać w ziemi. A gdy bra­cia dokopali się nieco głę­biej, znaleźli tam spi­żo­wy posąg bożka. Nie zastanawiając się dłużej rzucili go na razie do kuchni i nagle zdawało się, że roz­go­rzał w niej ogień. Wszyscy mnisi widzieli, że pożar tra­wi cały budynek kuchenny.

2. Kiedy z wielkim ha­ła­sem zalewali ów ogień wodą, przywołany za­mie­sza­niem nad­­szedł mąż Boży. A gdy spostrzegł, że jego oczy nie widzą tego pożaru, jaki straszy oczy braci, skło­niwszy głowę od razu zaczął się modlić. I wszyst­kim braciom zwiedzionym rzekomym po­ża­rem, kazał odwołać się do świadectwa ich własnych oczu, aż zobaczyli, że budynek ku­chenny stoi nadal nie­tknięty i przestali wi­dzieć płomienie, których zwod­niczy obraz wywołał wróg odwieczny.

 

Jak Benedykt uzdrowił chłopca przygniecionego walącym się murem

 

1. Kiedy indziej znowu bracia nadbudowy­wali mur wzno­sząc go stosownie do potrzeby nieco wyżej, a mąż Boży, zamknięty w swojej celi, pogrążony był w mo­dlitwie.
Ukazał mu się wtedy wróg odwieczny i szy­derczo oświad­czył, że ma zamiar odwiedzić pracujących bra­ci. Mąż Boży posłał im więc czym prędzej wia­do­mość: „Bracia, uważajcie dobrze, bo właśnie zły duch do was idzie”. Zaledwie wysłannik zdążył te słowa po­wtó­rzyć, a już zły duch zawalił ów mur, który wznoszono, miaż­dżąc pod gruzami młodziut­kiego mnicha, syna pew­nego urzędnika. Wszyscy bardzo zasmuceni i peł­ni żalu nie dlatego, że ich trud poszedł na mar­ne, lecz że brat zginął, pobiegli pośpiesznie i z wielkim płaczem zawiadomili o tym czcigodnego Oj­ca Benedykta.

2. Wówczas on polecił przynieść do sie­bie zmiażdżonego chłopca. Nieść go musieli na roz­postartym płaszczu, bo kamienie zawalone­go mu­ru nie tylko poraniły mu członki, lecz i połamały koś­ci. Mąż Boży kazał położyć go w swojej celi, na ple­cionej z sitowia macie, na której zawsze się mod­lił, po czym odprawiwszy braci zamknął drzwi i za­czął modlić się jeszcze usilniej niż zazwyczaj. Rzecz prze­dziwna! Nie minęła nawet godzina, a chłopca zdro­wego i w pełni sił jak przedtem posłał ponownie do tejże samej pracy. I tak razem z braćmi skoń­czył bu­dować mur ten mnich młody, którego wróg od­wiecz­ny postanowił zabić na złość Benedyktowi.

3. W owym czasie mąż Boży został obdarzo­ny du­chem proroczym, zaczął przepowiadać przyszłość i mó­wić znajdującym się przy nim ludziom o za­cho­dzą­cych daleko wydarzeniach.

 

O mnichach, którzy jadali poza klasztorem

 

1. Stosownie do zwyczaju klasztornego bra­cia, któ­rzy wychodzili, by załatwić jakąś spra­wę, nic poza kla­sztorem nie pili ani nie jedli. Ta­ka była reguła i prze­strzegano jej wiernie, lecz jednego dnia jakaś spra­wa, którą bracia wyszli załatwić, zatrzymała ich aż do późnej go­dziny. A wiedząc, że w pobliżu miesz­ka pew­na pobożna kobieta, poszli do jej domu i tam coś zjedli.

2. Powróciwszy późno do klasztoru, po­prosi­li, jak to było w zwyczaju, Ojca o bło­gos­ła­wień­stwo. On zaś ich zapytał: „Gdzie jedliś­cie?”, „Nig­dzie”, odpowiedzieli bracia. A na to Benedykt: „Dla­czego tak kłamiecie? Czyż nie poszliście do do­mu takiej to a takiej kobiety? Czy nie jedliście takich a ta­kich potraw? Czy nie wypiliście tylu to a tylu pu­cha­rów?” A kie­dy im czcigodny Ojciec przypomniał i goś­cin­ność przyjmującej ich kobiety, i rodzaje pot­raw, i ilość napoju, pojąwszy, że wie wszystko, co uczy­nili, drżąc padli mu do stóp i błąd swój wyznali. On zaś im natychmiast wybaczył mając nadzieję, że na przyszłość nie pozwolą sobie na takie wy­kro­cze­nie w jego nieobecnoś­ci, gdyż będą wiedzieć, że jest jed­nak obecny duchem.

 

Jak Benedykt poznał, że brat mnicha Walentyniana nie zachował postu

 

1. Wspomniany już przeze mnie mnich Wa­len­tynian miał brata, który był człowie­kiem świeckim, lecz po­boż­nym. Brat ów przy­chodził co roku, by prosić o mod­litwę męża Bożego, a zarazem by odwiedzić Walen­tynia­na, przy tym całą drogę od domu aż do klasz­toru zwykł od­bywać poszcząc.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie tam się udawał, przy­łączył się doń inny podróżny. Ten miał ze sobą żyw­ność, a kiedy minęło kilka go­dzin, powiedział: „Chodź, bracie, posilmy się nieco, byśmy się nazbyt nie męczyli drogą”. „O nie, bracie”, odparł tamten, „nie zrobię tego, bo idąc do czcigodnego Ojca Benedykta zwyk­łem zaw­sze post zachowywać”. Na te słowa je­go to­wa­rzysz na razie zamilkł.

2. Kiedy jednak uszli później dal­szy kawa­łek drogi, zaczął znowu namawiać, by coś zjed­li. Pielgrzym, który postanowił iść poszcząc, po­wtórnie odmówił, a ten, kto namawiał do je­dze­nia, raz jeszcze umilkł i szedł z nim dalej przez pewien czas nic nie jedząc. Ale i droga jednak się przedłużała, i go­dzina była coraz późniejsza, a oni coraz bardziej zmę­czeni wę­drówką. Natrafili wreszcie na łąkę i źró­dło. Wszystko zdawało się tu zachęcać do roz­kosz­ne­go odpoczynku. Wówczas ów obcy powie­dział: „Oto wo­da i łąka, oto piękne miejsce, gdzie możemy się po­krzepić i trochę odpocząć, by potem spokojnie ukoń­czyć naszą podróż”. Słowa te sprawiały przy­jem­ność uszom, widok cieszył oczy, tak że nasz piel­grzym, po raz trzeci do posiłku namawiany, ustąpił i zgo­dził się pożywić.

3. Wieczorem zaś przybył do klasz­toru. Ledwie stanął przed czcigodnym Ojcem Be­nedyktem i poprosił go o modlitwę, gdy święty mąż skarcił go zaraz za to, co zrobił w drodze: „Cóż to, bracie? Złośliwy wróg, który mówił do ciebie us­ta­mi twego towarzysza wędrówki, nie zdo­łał cię na­kło­nić raz i drugi, ale za trzecim razem cię przekonał i to, czego chciał, wymógł na tobie”. Człowiek ów zro­zumiał wówczas błąd swojej słabości i rzuciwszy się do stóp świętemu zaczął opłakiwać swą winę wsty­dząc się tym bardziej, iż poznał teraz, że Ojciec Be­nedykt i na odległość jego upadek zobaczył.

4. Piotr: Widzę, że ów mąż święty miał w sercu du­cha Elizeusza, który był obecny przy swoim uczniu, na­wet gdy ten bawił dale­ko od niego.

Grzegorz: Lepiej nic nie mów teraz, Piotrze, a poz­nasz jeszcze większe dziwy.

WsteczII księga Dialogów DalejII księga Dialogów