Jak mąż Boży swoim spojrzeniem uwolnił z więzów wieśniaka

1. W czasach króla Totili pewien Got, imie­niem Zal­la, wyznawca ariańskiej herezji, pło­nął tak straszną nie­nawiścią do wszystkich wiernych Kościoła ka­to­lic­kiego, że jeśli tylko jakiś duchowny lub mnich wpadł mu w ręce, już z nich nie wychodził żywy. Jed­nego dnia, podniecony chciwością i spragniony łu­pu, dręczył okrutnymi męczarniami jakiegoś wieś­nia­ka rozszarpując mu ciało w różnych tortu­rach, aż ów, pokonany bólem oświadczył, że cały swój ma­ją­tek pozostawił słudze Bożemu Benedyktowi. Miał bo­wiem nadzieję, że jeśli kat uwierzy i tortur na czas pe­wien zaniecha, on zyska na tym kilka godzin ży­cia.

2. I rzeczywiście Zalla przestał dręczyć tor­tu­rami wieś­niaka, natomiast związał mu ręce moc­nymi rze­mie­niami i zaczął pędzić go przed swoim koniem żą­da­jąc, by go zaprowa­dził do tego Benedykta, który skarb jego przy­jął. Wieś­niak ze związanymi rękami szedł zatem przodem wskazując drogę do klasztoru świę­tego męża. Benedykt siedział właśnie samotny przy bra­mie i czytał. Wieśniak po­wiedział wte­dy do Zalli, któ­ry jechał za nim ciągle mu gro­żąc: „Oto ten! O nim ci mówiłem. To jest Ojciec Benedykt”. Zalla, pe­łen wściek­łości, patrzał na Benedykta ze złoś­li­woś­cią szaleńca, a sądząc, że podobnie jak wszystkich in­nych, jego także potrafi zastraszyć, zakrzyk­nął na ca­ły głos: „Wstawaj! Wstawaj! I oddaj temu wieś­nia­ko­wi skarb, który od niego wzią­łeś!”

3. Na jego krzyk mąż Boży od razu pod­niósł oczy znad książki, spoj­rzał na Gota, potem zaś zwrócił wzrok na zwią­za­ne­go wieś­niaka. A skoro tylko jego oczy spoczęły na rę­kach wieśniaka, krępujące je rzemienie zaczę­ły w cu­downy sposób rozwiązywać się tak szyb­ko, że ża­den człowiek nawet w najwięk­szym pośpiechu nie zdą­żyłby tego zrobić. Ten, który przyszedł w wię­zach, stał oto nagle cał­ko­wicie wolny. Wobec prze­jawu takiej mocy drżą­cy z przerażenia Zalla runął na zie­mię. Po­chylił swój dumny i okrutny kark do stóp mę­ża Bożego polecając się jego modlitwom. Be­­ne­­dy­kt i wówczas nie wstał ani czytania nie porzucił, lecz wez­wał tylko braci, którym pole­cił wprowadzić Gota do klasztoru i tam dać mu poświęcony posiłek. Kie­dy go z powrotem do niego przywiedziono, na­pom­niał jeszcze, by za­niechał swoich bezrozumnych okru­cieństw. Zal­la od­szedł ujarzmiony i nie ośmielił się już żądać czegokolwiek od tego wieśniaka, któ­re­go mąż Boży uwolnił z więzów nie dotykając ich na­­wet, samym tylko spojrzeniem.

4. Widzisz, Piotrze, że właśnie tak, jak mówi­łem, ci, co służąc Bogu wchodzą z Nim w bli­s­ką zażyłość, mo­gą niekiedy czynić cuda także po prostu daną so­bie mocą. Ów święty mąż, który siedząc ujarzmił stra­sznego w swej dzi­kości Gota, a spojrzeniem roz­wią­zał rzemie­nie i węzły krępujące ręce niewinnego wieś­niaka, otrzymał niewątpliwie od Boga i miał w so­­bie moc czynienia tego, co uczynił. Świad­czy o tym sama szybkość, z jaką ów cud został do­ko­na­ny. Z kolei opowiem teraz o innym wiel­kim cudzie, który wyprosił swoją mo­dlitwą.

 

O wskrzeszeniu zmarłego dziecka

 

1. Jednego dnia wyszedł z braćmi pracować na polu. A pe­wien wieśniak niosąc w ramio­nach ciało swego zmar­łego syna, z sercem przepełnionym rozpaczą, przy­był właśnie do klasztoru i szukał Ojca Be­ne­dyk­ta. Kiedy powiedziano mu, że jest on w polu razem z brać­mi, rzucił zaraz przed bramą klasztoru ciało zmarł­ego i, nieprzytomny z bólu, pobiegł jak naj­szyb­ciej, byleby tylko znaleźć czcigod­nego Ojca.

2. A tej­że godziny mąż Boży wracał już razem z braćmi z pra­cy na polu. Skoro tylko spostrzegł go nie­szczę­śli­wy wieśniak, zaraz zaczął krzyczeć: „Oddaj mi mo­jego syna! Oddaj mi mojego syna!” Na to mąż Bo­ży zatrzymał się i zapytał: „Czy ja ci zabrałem two­jego syna?” On zaś odrzekł: „Syn mój umarł. Chodź i przywróć mu życie!” Gdy to sługa Boży usły­szał, zatroskał się bardzo. „Odejdźcie, bracia, odejdź­cie! To nie do nas należy, lecz do świę­tych Apos­tołów. Dlaczego chcecie nałożyć na nasze barki cię­żar, którego nie zdołamy unieść?” Wieśniak jed­nak, opanowany nazbyt wielkim bólem, nadal uparcie bła­gał, zaklina­jąc się, że nie odejdzie, jeśli Benedykt nie wskrzesi mu syna. Aż sługa Boży zapytał wresz­cie: „Gdzie on jest?” „Oto jego ciało”, odparł ojciec, „le­ży przed bramą klasztoru”.

3. A gdy mąż Boży przy­szedł tam razem z braćmi, ukląkł i pochylił się nad drob­nym ciałem dziecka, po czym podnosząc się wy­cią­gnął dłonie do nieba mówiąc: „Panie, nie patrz na grze­chy moje, lecz na wiarę tego człowieka, który pro­si o wskrzeszenie syna swego! Ty zabrałeś duszę te­go dziecka, spraw więc, żeby powróciła!” Zaledwie skoń­czył modlitwę, a du­sza wróciła i dreszcz wstrzą­s­nął drobnym ciałem chłopca. Wszyscy obecni wi­dzie­li, jak zadrżało całe, jakby znienacka w sposób cu­downy uderzone. Benedykt wziął chłopca za rękę i od­dał go ojcu żywego i zdrowego.

4. Jest rzeczą oczy­wis­tą, Piotrze, że nie miał on sam mocy dokonania te­go cudu, skoro nisko schylony prosił, by mógł go uczy­nić.

Piotr: Widać najwyraźniej, że wszystko jest tak, jak mówisz, bo słowa swoje potwierdzasz faktami. Po­wiedz mi jednak jeszcze, proszę, czy święci mogą wszys­tko uczynić, co zechcą i czy wszystko otrzy­mują, o co proszą.

 

O cudzie Scholastyki, siostry Benedykta

 

1. Grzegorz: Któż w życiu tym, Piotrze, prze­wyż­szył Apostoła Pawła? Właśnie on jed­nak trzykrotnie pro­sił Pana, by uwolnił ciało jego od ościenia, lecz nie mógł uzyskać tego, czego pragnął. Trze­ba więc, żebym ci opo­wie­dział o takim wy­da­rze­niu w życiu Ojca Be­ne­dykta, gdy i on tego, czego chciał, nie zdołał uczynić.

2. Jego siostra, Scholastyka, wszechmogą­cemu Panu po­święcona już od najwcześniejsze­go dzieciństwa, zwy­kła raz na rok brata od­wiedzać. Mąż Boży scho­dził do niej i przyjmo­wał ją niezbyt daleko od bramy klasz­toru, już na klasztornej ziemi. Pewnego razu przy­była, jak zawsze, a czcigodny jej brat zszedł do niej razem ze swoimi uczniami. Cały dzień spędzili chwa­ląc Boga i rozmawiając o Jego sprawach, a kie­dy zmierzch zapadł, spożyli razem posi­łek. Siedzieli jesz­cze przy stole i robiło się coraz później, oni zaś cią­gle nie mogli skoń­czyć rozmowy o sprawach Bo­żych. Wówczas mniszka ta, siostra Benedykta, po­wie­działa do niego: „Proszę cię, nie porzucaj mnie tej nocy! Rozmawiajmy aż do rana o radościach ży­cia wiecznego”. „Cóż ty takiego mówisz, siostro?” – od­parł Benedykt. – „Nie mogę spędzić nocy po­za klasztorem”.

3. A niebo było tak pogodne, że nigdzie nie było widać najmniejszej nawet chmurki. Kiedy jed­nak Scholastyka usłyszała odmowę brata, splótłszy palce złożyła rę­ce na stole i skłoniła na nie głowę modląc się do Pa­na wszechmogą­cego. Skoro głowę uniosła, zerwała się tak wielka burza z piorunami i błyskawicami, lu­nęła taka ulewa, że ani czcigodny Benedykt, ani to­wa­rzyszący mu bracia nie mogli jednym krokiem wyjść na dwór. Mniszka bowiem skłaniając głowę na rę­ce wylała potoki łez, które przemieniły pogodę w deszcz ulewny. Ulewa przyszła natychmiast po mo­dlitwie i tak jedno z drugim się łączyło, że pod­no­siła głowę już wśród huku piorunów, zupełnie jakby to jej ruch właśnie ów deszcz wywołał.

4. Wówczas mąż Boży widząc, że wśród tych błyskawic i gro­mów, w powodzi deszczu, nie zdoła powrócić do klasz­toru, zmartwiony, zaczął się skarżyć: „Niech ci wy­baczy Bóg wszechmogący, siostro. Co ty zro­bi­łaś?” Ona zaś odrzekła: „Prosiłam cię, a nie chciałeś mnie wysłuchać. Poprosiłam Pana mego i wy­słuchał mnie. Teraz więc wyjdź, jeśli zdołasz, zostaw mnie i wra­caj do klasztoru”. On jednak nie mógł wyjść na dwór i choć zostać się nie godził, pozostał przecież wbrew samemu sobie. Tak doszło do tego, że całą noc czuwali wspól­nie i rozmawiali o sprawach Bo­żych znajdując pokrzepienie we wzajemnej wymianie świę­tych myśli.

5. O tym to wydarzeniu myślałem mówiąc, że i Be­ne­dykt nie zawsze wszystko, co chciał, mógł uczy­nić. Biorąc bowiem pod uwagę jego nastawienie, mu­si­my niewątpliwie stwierdzić, iż pragnął, aby utrzy­ma­ła się jak najdłużej owa piękna pogoda, jaka to­wa­rzy­szyła mu w drodze z klasztoru. Woli jego prze­ciw­stawił się jednak cud zdziałany przez serce ko­bie­ty, której Bóg użyczył swojej wszechmocy. Nic dziw­nego, że długo tęskniąc do brata była ona owej go­dziny silniejsza od niego, bo według słów Jana Bóg jest miłością. I jest w tym głęboka spra­wiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej ko­chała.

Piotr: Wyznaję, że bardzo mi się podoba to, co mówisz.

WsteczII księga Dialogów DalejII księga Dialogów