Jak Maur chodził po wodzie

1. Pewnego dnia czcigodny Benedykt był w swojej ce­li a mały Placyd, mnich świętego męża, poszedł przy­nieść wody z jeziora. Zanu­rzył jednak tak nie­os­troż­nie trzymane w ręku naczynie, że wpadło ono do wo­dy, a za nim wpadł i sam chłopiec. Wnet porwała go fala i uniosła od brzegu niemal tak daleko, jak mo­że dolecieć strzała. Ale mąż Boży, choć zam­knię­ty w swojej celi, od razu o tym wiedział i czym prę­dzej zawołał na Maura: „Bracie Maurze, biegnij! Chło­piec, posłany po wodę, wpadł do jeziora. Fala por­wała go już daleko.”

2. O cudzie, nie widziany od czasów Apo­stoła Pio­tra! Maur poprosił o błogosławieństwo, otrzymał je i na rozkaz swego Ojca popędził jak najśpieszniej. Myś­ląc, że idzie po ziemi, biegł po wodzie aż do te­go miejsca, dokąd fala uniosła chłopca, tam schwytał go za włosy i również szybko powrócił. Gdy tylko zna­lazł się na ziemi, oprzytomniał, spojrzał za siebie i zo­baczył, że biegł po wodzie. Ponieważ zaś nigdy nie ośmieliłby się sądzić, że to stać się może, był bar­dzo przejęty i pełen podziwu, że właśnie się stało.

3. Po­szedł zatem do Ojca i rzecz całą opo­wie­dział. Czci­godny Benedykt starał się przy­pi­sać ów cud nie swo­im zasłu­gom, lecz jedynie posłuszeństwu ucznia. Maur natomiast utrzy­my­wał, że to rozkaz Ojca do­ko­nał wszystkiego; zdaje sobie bowiem dobrze sprawę, że nie mo­że mieć żadnego udziału w tym cudzie, któ­ry uczy­nił nic o nim nie wiedząc. W tym przy­ja­ciel­s­kim sporze obu­stronnej pokory rozjemcą stał się oca­lony chłopiec. „Kiedy wyciągano mnie z jeziora”, po­wiedział, „widziałem nad mo­ją głową płaszcz Opata i byłem pewien, że to właśnie on mnie z wody wy­ciąga”.

4. Piotr: Opowiadasz mi rzeczy wspaniałe, które mo­gą przynieść pożytek wielu. Co do mnie, to im wię­cej o cudach tego świętego męża słyszę, tym bar­dziej o nich słuchać prag­nę.

 

O kruku i zatrutym chlebie

 

1. Grzegorz: Święte to miejsce stało się jakby ognis­kiem miłości Boga naszego, Pana Jezusa Chrystusa, a żar jego sięgał szeroko i daleko. Wielu porzucało ży­cie świeckie pod­dając kark serca swego pod lek­kie jarzmo na­szego Odkupiciela. li jednak zwykli zaz­droś­cić innym dobra cnoty, choć sami go mieć nie pragną. Kapłan pobliskiego kościoła, imie­niem Flo­rencjusz, dziadek naszego subdiakona Flo­ren­cju­sza, uległ złośliwym namowom od­wiecz­ne­go wroga. Po­czął on zazdrościć święte­mu mężowi jego gor­li­woś­ci, zniesławiać jego spo­sób życia i powstrzy­my­wać od odwiedzania go wszystkich, których zdołał prze­konać.

2. Kiedy zaś spostrzegł, że nie może mu prze­szkodzić iść naprzód i że sława jego świę­tości na­dal wzrastała a rozgłos ten przyciągał stale nowych ka­ndydatów do stanu życia bar­dziej doskonałego, zże­rała go zawiść coraz większa, aż opanowany przez nią bez reszty stał się jeszcze gorszy. Pragnął bo­wiem poch­wał, jakie zdobywał Benedyktowi jego sposób życia, lecz nie chciał prowadzić życia godnego po­chwały. Zaślepiony mrokiem zawiści doszedł do tego, że słu­dze Boga wszechmogącego po­słał chleb zatruty, jako chleb poświęcony. Mąż Boży przy­jął dar z podziękowaniem, lecz nie ukryła się przed nim ukryta w chlebie zguba.

3. W godzinie po­sił­ku przylatywał zazwy­czaj kruk z pobliskiego lasu i dos­tawał chleb z ręki Benedykta. Gdy jak zwykle przy­leciał, mąż Boży rzucił mu ów chleb przysłany przez kapłana Florencjusza i polecił: „W imię Pana na­szego Jezusa Chrystusa zabierz ten chleb i rzuć go w ta­kim miejscu, gdzie nikt go nie znajdzie!” Wów­czas kruk otworzył dziób, a roz­postarłszy skrzydła za­czął skakać wokół chleba kracząc, jakby pragnął po­wie­dzieć, że chce być posłuszny, a przecież rozkazu wy­peł­nić nie może. Mąż Boży powtarzał mu wie­lo­krot­­nie: „Weź, weź, nic ci się nie stanie! i rzuć go tam, gdzie nikt nie znajdzie”. Wresz­cie, po długim wa­haniu kruk się zdecydował, podniósł chleb dzio­bem i odleciał. Po trzech zaś go­dzi­nach powrócił już bez chleba i z ręki męża Bo­że­go otrzymał swój zwy­kły pokarm.

4. A święty Ojciec, widząc, że ów kapłan pło­nie żądzą pozbawienia go życia, więcej o nie­go się martwił niż o siebie. Natomiast ówże Florencjusz, zawiedziony, że nie zdołał zabić ciała mistrza, starał się teraz usilnie zgubić dusze jego uczniów. Do ogrodu należą­cego do klasztoru Benedykta wprowadził sie­dem nagich młodych dziewcząt, które wobec mni­chów ująwszy się za ręce długo przed ich oczami tańczyły, aby rozpalić w ich sercach złe żądze.

5. Święty mąż widział to ze swojej celi, a lękając się upadku swych niezbyt jeszcze doj­rzałych uczniów i rozumiejąc, że w tym wszystkim chodzi tylko o szkodzenie jemu sa­me­mu, ustąpił miejsca zawistnikowi. Wszy­stkie klasztory, które zbudował, zorganizował teraz w ten sposób, że w każdym na czele wspólnoty braci postawił jednego przeora, a za­brawszy ze sobą tylko nielicznych mni­chów przeniósł się gdzie indziej.

6. Zaledwie jednak mąż Boży pokornie ustą­­pił przed nienawiścią, a już wszechmocny Bóg poraził Florencjusza straszną karą. Kiedy bo­wiem stojąc na tarasie rozkoszował się wia­do­moś­cią o odejściu Benedykta, taras ów, na któ­rym stał, zapadł się nagle, choć cały dom poza tym pozostał nienaruszony. I tak nie­przyjaciel Benedykta znalazł śmierć pod gru­zami.

7. Ponieważ zaś czcigodny Ojciec nie zdążył jeszcze ujść nawet mil dziesięciu, jeden z je­go uczniów, również zwany Maurem, uznał, że na­leży pobiec za nim natychmiast. „Wracaj”, za­wo­łał, „bo zginął kapłan, który cię prześla­dował”. A mąż Bo­ży Benedykt, słysząc to, po­grą­żył się w wielkim ża­lu i dlatego, że umarł jego nieprzyjaciel, i dlatego, że z tej śmierci cieszył się jego własny uczeń. Ucz­nio­wi na­ło­żył również pokutę za to, że przycho­dząc z ta­ką wiadomością śmiał radować się zagładą wro­ga.

8. Piotr: Przedziwne i prawdziwie zdumie­wające rze­czy opowiadasz! W wodzie bowiem, która wy­trys­nę­ła ze skały, widzę dzieło Mojże­sza, w że­lazie wypływającym z głębiny – Elize­usza, w chodzącym po wodzie rozpoznaję Piot­ra, w tym, komu kruk jest posłuszny – Eliasza, w tym zaś, kto płacze nad śmiercią nie­przyja­ciela – Dawida. Jak są­dzę, mąż ów napełnio­ny był duchem wszystkich spra­wiedliwych.

9. Grzegorz: Piotrze, ów sługa pański, Be­nedykt, miał w sobie Ducha Tego Jedynego, który udzielając nam łaski zbawienia napełnia serca wszystkich wy­bra­nych. O Nim to mówi Jan: Była światłość pra­w­dzi­wa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. O Nim także dalej na­pi­sał: Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali. Święci Pańscy od Boga mieli moc czynienia cu­dów, lecz nie mogli przekazywać jej komu innemu. Pan zaś wiernym dał znaki swej potęgi, a swoim wro­gom obiecał znak Jonasza. Raczył umrzeć wobec pysz­nych i zmartwychwstać wobec pokornych, aby i ta­mci poznali, czym wzgar­dzili, i ci ujrzeli, jak god­nym czci jest Ten, kogo kochają. I tajemnica ta spra­wiła, że tam, gdzie pyszni widzą tylko poniżenie śmier­ci, pokorni znaleźli chwałę, która śmierć zwy­cięża.

10. Piotr: Proszę, opowiedz mi teraz, dokąd udał się mąż święty i czy zdziałał jeszcze inne cuda.

Grzegorz: Święty mąż udając się w inne okolice, zmie­nił jedynie miejsce pobytu, ale nie wroga. Mu­siał nawet toczyć zmagania tym cięższe, że przeciw nie­mu walczył teraz już otwarcie sam mistrz zła. Mias­teczko zwane Cassinum leży na stoku wysokiej góry, która użyczyła mu w swoim zboczu wgłę­bie­nia, sama zaś wznosi się jeszcze ponad nim na trzy ty­siące kroków, jakby godząc swoim szczytem w niebo. Sta­ła tam bardzo stara świątynia, w której nie­oświe­ceni wieśniacy zachowując pogańskie zwyczaje czcili na­dal Apollona. Dookoła także pełno było gajów po­świę­conych demonom, gdzie mnóstwo szalonych po­gan składało im obrażające Boga ofiary.

11. Mąż Boży, gdy tylko tam przybył, zaraz rozbił posąg boż­ka, przewrócił ołtarz, podpalił gaje. W samej świą­ty­ni Apollona urządził ka­pli­cę pod wezwaniem św. Mar­cina, tam zaś, gdzie stał ołtarz Apollona, zbu­do­wał kaplicę pod wezwaniem św. Jana, a ustawicznie na­uczając zachęcał okolicznych mieszkańców do przy­jęcia prawdziwej wiary.

12. Odwieczny wróg nie zniósł tego w mil­czeniu i już nie potajemnie ani we śnie, lecz cał­kiem otwarcie uka­zał się oczom Ojca. Krzy­cząc głośno skarżył się, że gwałt mu się dzieje, tak że głos jego nawet i bra­cia słyszeli, chociaż nie widzieli nikogo. Czcigodny Oj­ciec mówił swoim uczniom, że cielesnym jego oczom uka­zywał się ów wróg odwieczny w postaci wiel­ce szkaradnej, cały w ogniu, a płomienie wycho­dzące z jego ust i oczu zda­wały się godzić w niego. Co zaś krzyczał, to już słyszeli wszys­cy. Najpierw wołał Benedykta po imieniu, a kiedy mąż Boży nic mu nie od­po­wia­dał, zaraz obrzucał go obelgami. Zaczynał bowiem krzy­czeć: „Benedykcie! Benedykcie!”, a kiedy nie do­stawał odpowiedzi, natychmiast wołał dalej: „Prze­klę­ty (Maledicte), a nie błogosła­wiony (Benedicte), po co wtrącasz się do mnie? Dlaczego mnie prze­śla­du­jesz?”

13. Nie na tym jednak koniec zmagań sługi Bożego z od­wiecznym wrogiem, który z włas­nej woli wciąż na nowo staczając walki z Be­nedyktem, wbrew swej woli dawał mu ciągle okazję do zwycięstwa.

WsteczII księga Dialogów DalejII księga Dialogów