Z pism M. Mechtyldy – Konferencja w wigilię Wniebowstąpienia Pańskiego

(…) Dusze kochające Jezusa czystą miłością powinny się rozradować tą tajemnicą. Tak właśnie uczynili Apostołowie, bo ich umysły były oświecone przez Ducha Świętego. (…) Chociaż Apostołowie, biorąc sprawę po ludzku, mieli wszelkie powody, by się martwić stratą, jaka ich spotykała, to jednak nie przestawali się cieszyć – z miłości dla Boskiego Mistrza, kiedy ujrzeli Go wstępującego do swej chwały. Cieszyli się, że Jego święte Człowieczeństwo będzie tak wywyższone, jak w męce było uniżone i upokorzone.

[Wniebowstąpienie] jest w ścisłym sensie świętem najświętszego Człowieczeństwa naszego Pana, jest dniem, w którym wchodzi ono w posiadanie należnej mu chwały. O, Człowieczeństwo godne uwielbienia dzięki hipostatycznemu zjednoczeniu ze Słowem; Człowieczeństwo, któreś było zmiażdżone, starte, rozdarte, szarpane i na wszelki sposób niegodnie traktowane! O, święte Człowieczeństwo, które nas tak umiłowało, że nie chciało się z nami rozłączyć i założyło wśród nas swoje mieszkanie aż do skończenia wieków — w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, gdzie daje nam się w Komunii Świętej, by dokonywać cudownych rzeczy w naszych duszach, a zwłaszcza rozpalać pobożność. Po Bóstwie nie ma nic tak godnego miłości na ziemi jak najświętsze Człowieczeństwo naszego Pana. Kochajcie je, i niezależnie od tego, co odczuwacie, zwróćcie oczy na to uwielbione Człowieczeństwo, by się do niego upodobnić. To wasz wzór. W nim znajdziecie cudowne pouczenia, w nim — ogromną siłę i pociechę w waszych cierpieniach.

Jeżeli zmartwychwstałyście z Chrystusem, nie możecie już żyć życiem Adama, lecz Jezusa Chrystusa. Od zmartwychwstania żył On na ziemi, nie dotykając ziemi. Żyjmy zatem na ziemi, ponieważ Bóg tak chce i nie pozwolił nam jej całkowicie opuścić, by iść za naszym Panem; ale przebywajmy na niej nie dotykając jej, to znaczy bez przywiązań, bez pragnień i bez wyrywania się do tych wszystkich rzeczy ziemskich, aby, gdy spodoba Mu się pociągnąć nas do siebie, nic nas nie zatrzymywało (por. Kol 3,1-2; 1Kor 7,29-31). Bądźmy zawsze gotowe, bo na ziemi jesteśmy tylko przejściowo. Nie mamy tutaj miasta trwałego, nasza ojczyzna jest w niebie, tam powinny zmierzać wszystkie nasze pragnienia (por. Mt 24,42; Hbr 11,13-16; Flp 3,20). Nie chcę przez to powiedzieć, że nie macie jeść i pić lub że macie lekceważyć to, co konieczne do życia. Trzeba to spełniać, ponieważ Bóg nas temu podporządkował; ale pełnić bez przywiązania, jedynie z posłuszeństwa Bożym nakazom. Co do wszystkich innych spraw ziemskich, żadna nie powinna wywierać na nas wpływu: ani krzyże czy strapienia, ani upokorzenia, cierpienia, wzgarda stworzeń czy choroba… Te wszystkie rzeczy nigdy nie powinny odwracać nas od Boga. Doskonale! Niech spadną na nas, mamy je przyjąć z radością, bo one dają nam możliwość uwielbienia Go (por. Jk 1,2). Strzeżcie się więc przed zamartwianiem się nimi, nie obawiajcie się ich i nie unikajcie. Cóż to wszystko znaczy w porównaniu z Bogiem? Nic! Niewarte jest zachodu, by o tym myśleć. A zatem nic z tego, co może się nam zdarzyć, nie powinno nas od Niego odłączyć, musimy trwać niewzruszenie z Nim związane (Rz 8,18; 35-39).

Każdej duszy dana jest skłonność i łaska szczególna, zgodne z darem, jaki otrzymała. Każda idzie za własnym powołaniem, wezwaniem, zgodnie z Bożymi zamiarami co do niej. Skąd więc bierze się to, że tak mało dochodzi do doskonałości swego stanu? Stąd, że niedostatecznie go cenią: nie znają jego wartości, nie pracują nad tym, by odpowiedzieć jego łasce. Zbyt łatwo idziemy za złymi skłonnościami natury. Gdyby dusza wiedziała, czym jest dar Boży, to nie ma rzeczy, której by nie zrobiła, by go osiągnąć.

Gdybym miała czas, opowiedziałabym wam o cudownych i niewysłowionych wstępowaniach Boga do duszy przez Komunię Świętą. Miałabym o czym mówić w nieskończoność, lecz pozostawmy to, nie jestem godna, by o tym mówić.

Bóg ponawia swoje łaski i zmiłowania w wielkie święta. Toteż, chociaż te tajemnice już się nie dokonują [w czasie]: na przykład choć Pan nasz, zawsze przebywając w chwale, nie będzie do niej jutro wstępował, to jednak przez Komunię Świętą odnawia w duszach tę tajemnicę, udzielając skutków i łask z nią związanych.

A więc przyjdzie jutro w tej drogocennej Komunii, by was do siebie pociągnąć i zjednoczyć z sobą, i będzie za nami prosił tak, jak prosił niegdyś za Apostołami. Wszystko, czego powinnyście pragnąć na tym świecie, to to, by ta modlitwa wypełniła się w was. Wstąpcie jutro do nieba waszego wnętrza, do głębi waszej duszy, gdzie mieszka Bóg. Czyż to nie opłakane znać tak wielką prawdę i nie wierzyć w nią, i nie żyć zgodnie z nią? Bo gdybym raz wreszcie skutecznie uwierzyła, że Bóg jest zawsze we mnie; że Trójca Przenajświętsza we mnie mieszka i przebywa; że Ojciec rodzi we mnie Syna, swoje Słowo, a to Słowo wraz z Ojcem dają pochodzenie Duchowi Świętemu; że czynią we mnie takie same cuda jak w niebie — czy nie byłabym wciąż w zachwycie i pełna podziwu? Czy mogłabym się wylewać na tyle niepotrzebnych spraw i nie korzystać z tej łaski? Możecie mi zarzucić, że często wam to powtarzam. Prawda. To dlatego, że jestem poruszona niedostatkiem naszej wiary, że posiadając w sobie tak wielki skarb, tak mało sobie z tego robimy; że lekceważymy dobro, jakie powinnyśmy z niego otrzymać.

Prośmy naszego Pana, by nas tak mocno przyciągnął tam, gdzie sam przebywa, abyśmy tam pozostały na zawsze. Z tą myślą was zostawiam.
CC 101 (3157)

Z pism M. Mechtyldy – Konferencja na Wielki Czwartek

Mam zwyczaj co rok uroczyście obchodzić w dniu dzisiejszym święto najświętszych pragnień godnego uwielbienia Serca Jezusa, a to ze względu na słowa, jakie podaje nam Kościół w świętym oficjum: Desiderio desideravi — „Gorąco pragnąłem” (Łk 22,15). Tymi słowami wyraża Jezus nieskończone swe pragnienie dania się ludziom, by ich przyciągnąć i zjednoczyć z sobą.

Cały dzień byłam zajęta wielbieniem i podziwianiem pełnych miłości pragnień Jezusa. I zastanawiałam się, dlaczego chciał się dać ludziom przez ustanowienie Sakramentu swojego uwielbionego Ciała, zanim za nich cierpiał; czemu dał swe Ciało i Krew tylko dwunastu Apostołom, a nie dał go tylu uczniom i niewiastom, które Mu towarzyszyły. Zrozumiałam przyczynę tego: Apostołowie mieli być fundamentem Kościoła, przywódcami i bohaterami, dzięki którym Ewangelia miała zostać zaniesiona na cały świat. Jezus, dając im Komunię swymi świętymi rękami, tchnął w nich łaskę i źródło łaski, aby była udzielana wszystkim ludziom. Jako Głowa zjednoczył w sobie wszystkich w osobach Apostołów. Ujrzałam też, dlaczego ustanowił nasz Boski Sakrament, zanim wycierpiał mękę — mógł to uczynić podczas konania w Ogrójcu lub na krzyżu. Stało się tak, by na mocy Najświętszego Ciała i Krwi, których udzielił Apostołom, zjednoczyć ich ze swoją Boską Osobą, a w nich wszystkich ludzi, aby ich zjednoczyć z sobą w ofierze, jaką miał za nich złożyć; żeby wszyscy cierpieli razem z Nim i dzięki temu zjednoczeniu wysłużyli sobie moc i łaskę do znoszenia wszelkich udręk i cierpień — każdy według swego stanu.
CC 83 (682)

Z pism M. Mechtyldy – Konferencja na święto św. Benedykta

(…) Chcę wam powiedzieć parę słów o tym, jak [św. Benedykt] opuścił świat i poszedł na pustynię; o jego życiu tak bardzo podobnym do życia Jezusa Chrystusa, iż można powiedzieć, że było jedną z najwierniejszych jego kopii, w myśl słów św. Pawła: „Już nie ja żyję, ale Chrystus żyje we mnie“ (Ga 2,20).

Można by rzec, że został poprowadzony na pustynię, tak samo jak jego Boski Mistrz, po to, by być tam kuszonym i własnym przykładem pouczyć nas, wszystkie swoje dzieci, jak mamy z wielką odwagą zwyciężać pokusy nieprzyjaciela (…). Nie mam zamiaru, nakłaniać was do rzucania się w ciernie jak św. Benedykt, gdy atakuje was pokusa; lecz zachęcam, po pierwsze, do szukania jak on ratunku w modlitwie — ustnej i myślnej; po drugie, do rzucenia się w ramiona Boga, by tam przetrwać ukłucia i ciernie pokus, cierpliwie, tak długo, aż spodoba Mu się uwolnić was od nich.

Wyobraźcie sobie, tego młodziutkiego świętego, jak opuszcza dom rodzinny, porzucając wszystkie przywileje swego pochodzenia, ogarnięty wielkim światłem i łaską. W nim poznał, że nie wolno nic stawiać nad Boga. Opuszcza bez namysłu wszystkie wielkości, bogactwa i zaszczyty, o które mógł się ubiegać, i już odtąd nie powraca myślą do tego wszystkiego. Pojął, że tylko Bóg jest wielki. Wobec Niego cała reszta wydała mu się takim drobiazgiem, że uznał ją za nic w porównaniu ze szczęściem posiadania Boga. To go skłoniło do ucieczki i do szukania Boga na pustkowiu. Wychodzi z domu i powierza się Opatrzności, nie zważając na to, co się z nim stanie, ani nie wiedząc, dokąd ma iść. Gdyby wtedy ktoś spytał św. Benedykta, dokąd się udaje, pewnie odpowiedziałby, że szuka Boga, który sam tylko jest mocen zaspokoić jego pragnienie.

Podziwiajcie odwagę św. Benedykta. Nie tylko opuszcza bogactwa i zaszczyty, ale nie troszczy się o własny los i wypowiada sobie wojnę podejmując czuwania, posty i inne surowości, jakie praktykował na tym strasznym pustkowiu w swej najwcześniejszej młodości. A świadkiem tego był tylko Bóg. Ach, gdybyśmy mogły wejść do tej pieczary skalnej, by zobaczyć, co robi, czym się zajmuje w tej głębokiej samotności, wyszłybyśmy stamtąd przepełnione podziwem. Nie bez przyczyny św. Benedykt w każdej okoliczności skłania i zachęca swoje dzieci do samotności. Zna lepiej niż ktokolwiek płynące z niej korzyści. Był przecież doskonałym pustelnikiem nie tylko dlatego, że dzikość jego pustelni nie pozwalała na żadne kontakty z ludźmi, lecz dlatego, że jego serce i dusza były od nich całkowicie oderwane.

Być może powiecie mi, że warunki, w jakich żyjecie, nie pozwalają wam naśladować przykładu św. Benedykta, ponieważ z racji na pełnione obowiązki i na wasze zajęcia, musicie mieć do czynienia ze stworzeniami; że jesteście uzależnione od przełożonych; że nie możecie robić tego, co byście chciały; że niesłychanie trudno zachować samotność wśród tylu różnych usposobień, tak sprzecznych z waszym (…), które wzbudzają w was wielką antypatię.

Przyznaję, że na pustyni nie ma tych wszystkich trudności, ale miałybyście inne, i te wszystkie wymówki nie mogą was dyspensować od życia samotnego, choć bez udawania się na pustynię. Prawdziwa samotność nie polega na tym, żeby być samym, lecz na tym, aby sercem i duszą nie lgnąć do stworzeń, zawsze zachowując swą wolność, posługując się rzeczami stworzonymi tylko tyle, ile to jest konieczne. W ten sposób możecie być wśród stworzeń równie samotne jak na pustyni.

(…) Powiecie mi, że to łatwo mówić, a tymczasem wy musicie przebywać z osobami, do których czujecie antypatię, które was bez przerwy drażnią itd.

Wszystko to stanowi przedmiot waszych ofiar i okazję do zasługi — o ile będziecie wierne; lecz uważajcie: chodzi o to, by się dobrowolnie nie zajmować niedoskonałościami, błędami, słabościami innych — tym czymś nieuchwytnym w tej czy owej, co nam się nie podoba — i nie mówić na ten temat, (…) bo od chwili, kiedy będziecie widziały w nich co innego niż Boga, utracicie zasługę [wiary] (…).
CC 58 (2291)

Z pism M. Mechtyldy – Konferencja w wigilię święta św. Benedykta

(…) Chcę was zachęcić do radości z faktu, że jesteście córkami tak świętego Ojca [św. Benedykta]. Nie uchybiając żadnemu świętemu, mogę chyba powiedzieć, że on jest największym świętym w niebie — z wyjątkiem św. Józefa, któremu przypadło tam miejsce zupełnie niezwykłe. Wielka to łaska posiadać tak świętego Ojca. Ponieważ zaś ojcowie prawdziwie kochający swoje dzieci cieszą się ich szczęściem i starają się jak mogą, aby je im zapewnić, nie wolno nam wątpić, że nasz wielki święty darzy swoje dzieci szczególnymi względami.

Przy okazji powiem wam, że jesteśmy ostatnimi co do czasu, które otrzymały to, co najwspanialsze w naszym zakonie. Tak, mam na myśli nieustającą adorację. Wszak stanowi ona wewnętrzną Laus perennis (nieustające wychwalanie Boga). W początkach zakonu istniała zewnętrznie i dobrze by było, gdyby jeszcze trwała; my jednak utrzymujemy ją wewnętrznie, zmieniając się bez przerwy, dniem i nocą na adoracji. Wywiązujmy się zatem jak najlepiej z zadania, jakim obdarzyło nas serce naszego błogosławionego Ojca. Umierając płonął jak żertwa, aż gwałtowność ognia pozbawiła go życia. Te łaski nam przypadły w udziale. Musimy więc żyć w duchu świętości naszego Ojca. Przecież sam Bóg mówi do nas: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” (Kpł 11,44). Czy nie doświadczamy w sobie tej łaski, szepczącej nam bez ustanku te same słowa: „Bądźcie święte, ponieważ ja jestem święty”?
CC 56 (3129)

Z pism M. Mechtyldy – Konferencja w wigilię Objawienia Pańskiego

Jutro będziemy święcić uroczystość Epifanii, czyli Objawienia się Jezusa świętym Królom-Mędrcom, przybyłym do stajenki betlejemskiej, aby złożyć Mu cześć i hołdy. To święto, moje Siostry, powinno nas przepełnić szczególną pobożnością, ponieważ odpowiada nam bardziej niż jakiekolwiek inne; bliskie jest duchowi naszego powołania do adorowania w Najświętszym Sakramencie tego samego Jezusa Chrystusa. W nim są zawarte wszystkie inne tajemnice Jego świętego życia. Dlatego [w Najświętszym Sakramencie] możecie adorować Dzieciątko razem ze świętymi Królami, możecie mówić jak oni: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę i przybyliśmy oddać Mu pokłon“ (Mt 2,2). Waszą gwiazdą było powołanie do Instytutu i chociaż nie była ona widzialna, jak w wypadku Mędrców, otrzymałyście wewnętrzne natchnienie łaski, co jest pewniejsze niż znaki zewnętrzne.

A więc ujrzałyście Jego gwiazdę i przyszłyście Go adorować. Jak długo ma trwać i jak daleko ma się rozciągać wasza adoracja? Przez wszystkie chwile życia i na całą waszą istotę. Nazywają nas córkami Nieustającej Adoracji. O, Siostry! Nie nośmy na próżno tej pięknej nazwy! Nie bądźmy tylko pozorem adoratorek; z całej naszej mocy odpowiedzmy temu wezwaniu i Bożemu wybraniu do nieustającej adoracji. Czy Bóg potrzebował nas do tego i czy jesteśmy do tego zdolne, my, biedne, nędzne stworzenia, które same z siebie nie potrafią nic dobrego zrobić — bez pomocy Jego łaski? Czyż nie ma On milionów aniołów i duchów niebieskich, które ustawicznie, w sposób doskonały Go adorują — nawet w naszych kościołach, które przepełniają rzesze aniołów? Jest to prawdą, choć zakrytą przed naszym wzrokiem. Bóg jednak wybrał nas i chce, byśmy miały przywilej wielbienia Go na równi z aniołami, jako wieczyste adoratorki. Powinnyśmy być święcie dumne z tak wspaniałego powołania!

Chcąc się z niego wywiązać, nie wystarczy jednak spędzić godzinę czy pewien czas w chórze w Jego obecności. Nasza adoracja ma być nieustająca, ponieważ ten sam Bóg, którego adorujemy w Najświętszym Sakramencie, jest z nami zawsze obecny, na każdym miejscu. Trzeba, byśmy Go wielbiły w duchu i w prawdzie (por. J 4,23): w duchu, przez święte skupienie wewnętrzne; w prawdzie, wykonując wszystkie nasze obowiązki tak, by były nieustającą adoracją dzięki wierności w oddaniu się Bogu we wszystkim, czego się od nas domaga, bo w momencie gdy uchybiamy wierności — przestajemy adorować.

Moje Siostry, Instytut po to powstał, byśmy zostały wieczystymi adoratorkami. Jesteście do niego powołane. Do was zatem należy napełnić go łaską i świętością, stając się prawdziwymi adoratorkami, wielbiącymi [Boga] w duchu i w prawdzie. Tak, oto cała wasza troska i staranie: adorować majestat Boga w duchu i w prawdzie, w odpowiedzi na wasze wybranie. W duchu, czyli w pewności wiary we wszystko, czym Bóg jest sam w sobie, choć tego nie pojmujecie, wierząc w Jego wielkość i Boskie doskonałości zasługujące na wasze hołdy, cześć i adorację; w prawdzie, wielbiąc Go całą waszą istotą. Niech się nie znajdzie w was nic, czego byście nie chciały Mu dać i złożyć w ofierze, by Go wielbić z całą doskonałością, do jakiej jesteście zdolne, i z całego serca. (…)

Jeszcze raz powtarzam: czy dobrze rozumiemy łaskę udzieloną nam przez naszego Pana, łaskę wybrania do ciągłej adoracji — nas, które ledwie zdołamy o Nim myśleć i w Jego obecności jesteśmy jak słabe muszki? Kiedy chcemy się odrobinę dźwignąć do Boga przez kontemplację, natychmiast opadamy. Roztargnienia umysłu i wyobraźni, ciemności, własna nasza nędza są tak wielkie… Choćbyśmy miały najszczerszą wolę, niemożliwością jest utrzymać zawsze nasz umysł spokojnie wzniesiony ku Bogu, a nasze adoracje na ziemi są krótkotrwałe w porównaniu z adoracją aniołów i błogosławionych w niebie.

Dlaczego więc, Boże, wybrałeś właśnie nas, biedne i nędzne stworzenia? Czy Ci nie wystarczają uwielbienia tak święte i doskonałe, jakie przynoszą Ci aniołowie i święci? A jeśli nie wystarczają, czy nie możesz stworzyć jeszcze nieskończonej liczby innych, podobnych do tych, których już stworzyłeś, by Ci składali uwielbienia godne Twojego Boskiego Majestatu? Nie, Boże mój. Ty chcesz, byśmy z niebianami dzieliły zaszczyt wiecznego wielbienia Cię i już tu, na tym świecie, rozpoczęły to, co mamy kontynuować przez całą wieczność. O, moje Siostry, powtarzam: jaka to wielka łaska! Zapewniam was, że ją poznamy dopiero w wieczności. (…)

Chcąc adorować, niekoniecznie trzeba wciąż powtarzać: „Boże, wielbię Cię“. Wystarczy, jeśli posiadamy pewnego rodzaju wewnętrzną skłonność ku Bogu obecnemu; głęboki szacunek i cześć dla Jego wielkości; wiarę w obecność Boga w nas — bo tak jest naprawdę: Przenajświętsza Trójca czyni sobie w nas mieszkanie. Ojciec działa w nas przez swą potęgę, Syn przez mądrość, a Duch Święty przez dobroć. A zatem Bóg majestatu przebywa we wnętrzu waszych dusz i tam macie Go ustawicznie adorować. Połóżcie od czasu do czasu rękę na sercu, mówiąc sobie: „Bóg jest we mnie. Nie tylko podtrzymuje moje istnienie, jak w stworzeniach nieożywionych, lecz działa, by mnie podnieść do najwyższej doskonałości, o ile nie będę stawiała przeszkód Jego łasce”. Wyobraźcie sobie, że mówi do was wewnętrznie: „Zawsze jestem w tobie, trwaj zawsze we Mnie, myśl o Mnie, a Ja będę myślał o tobie i zatroszczę się o wszystko inne. Bądź cała dla mnie, jak Ja dla ciebie, żyj tylko dla Mnie“ — jak mówi Pismo święte: „Kto Mnie spożywa, będzie żył dla Mnie, będzie we Mnie trwał, a Ja w nim“ (J 6,56-57). (…)

Z powołania i dzięki profesji macie być prawdziwymi i wieczystymi adoratorkami Jezusa Chrystusa. O to macie się starać, w tym kierunku ma iść wasz zapał. Starajcie się z największą żarliwością i doskonałością wywiązać z zadań adoratorek.
Ale może mi któraś z was powie: „Wcale nie czuję tego wielkiego zapału; nie odczuwam płomiennej miłości, która by mnie pociągała do adorowania Jezusa Chrystusa tak, jak to Matka przedstawia”. Nie szkodzi, wystarczy, że będziecie działać w wierze, oddając wasze hołdy i cześć Jezusowi Chrystusowi jakby ponad wami samymi. Smak i odczuwanie nie są konieczne. [Gdy ich zabraknie] wasza adoracja będzie czystsza i doskonalsza, bo dusza posiadająca wiarę żywą, a nie odczuwaną, czyściej wznosi się do Boga, doświadczając ponad zmysłami, czym jest Bóg sam w sobie, w swej wielkości, świętości i majestacie.

Nie zatrzymujcie się więc na tym, co odczuwają zmysły, lecz na tym, czego żąda od was wiara, i za nią podążajcie. Ona jest waszym światłem, by dać wam poznać Boga, który wezwał was w swej nieskończonej miłości do nieustannej adoracji (…)

Oto nasze zadanie, Siostry; to jest doskonałość, do której nas Bóg powołuje. Dla waszej pociechy chcę wam powiedzieć, że jeżeli jej jeszcze nie osiągnęłyście, to wystarczy, byście z całego serca do niej dążyły. Nie musimy za jednym zamachem stać się doskonałymi, ale pod grozą grzechu śmiertelnego mamy obowiązek do niej dążyć; mają to czynić — zdaniem niektórych teologów — nawet wszyscy chrześcijanie. Zwróćmy jednak uwagę, że nasze zobowiązanie jest podwójne, z racji złożonej profesji.

Pracujmy więc solidnie, by wiernie odpowiedzieć temu, co obiecałyśmy Bogu. Do nas należy rozpatrzenie tego i zbadanie siebie. Zacznijmy adorować Jezusa Chrystusa w duchu i w prawdzie, być rzeczywiście wieczystymi adoratorkami. Adorujmy Go wszędzie i we wszystkim, co robimy! Nic nie może być z tego wyjęte. Zapytacie: „Co? jedząc?” Tak, bo nie robicie tego jak zwierzęta, dla własnego zadowolenia, lecz z szacunku i w poddaniu woli Bożej, żeby nabrać sił do służenia znowu Jego Majestatowi. Przez taką intencję uświęcicie tę czynność i inne, podobne, które same przez się są tylko naturalne. Dzięki temu będziecie podtrzymywać ducha adoracji, a jeżeli będziecie wierne, doprowadzi was to do najwyższej świętości, skłaniając was do nieustannej ofiary. Ona sprawi, że umrzecie waszym namiętnościom i nieuporządkowanym skłonnościom, wreszcie wszystkiemu, co się sprzeciwia waszemu uświęceniu, a jednocześnie uczyni z was prawdziwe żertwy, zawsze składane w ofierze na cześć i chwałę Boga.
CC 44 (2338)