Z pism M. Mechtyldy - O powołaniu adoratorek

(…) Moje Siostry, Instytut powstał, abyście stały się nieustającymi adoratorkami. Zostałyście do niego wezwane, macie więc zrealizować jego łaskę i świętość: stać się prawdziwymi adoratorkami, które adorują w duchu i prawdzie. (…) O, Siostry, powinnyśmy chlubić się tak wzniosłym powołaniem! Ale, aby je spełnić, nie wystarczy być tylko przez godzinę lub przez jakiś czas w Jego obecności w chórze. Nasza adoracja musi być nieustająca, ponieważ ten sam Bóg, którego adorujemy w Najświętszym Sakramencie, jest dla nas wciąż obecny w każdym miejscu. (…) Ma ona objąć wszystkie chwile naszego życia i wszystkie przestrzenie naszego bytu. (…) Adorujmy Go w duchu i prawdzie. W duchu – przez święte skupienie wewnętrzne, w prawdzie – przez wszystkie nasze ćwiczenia, które mają być nieustającą adoracją, przez wierność w oddawaniu się Bogu we wszystkim, czego od nas zażąda. (…) O, Siostry, niech całym waszym staraniem i troską będzie adorowanie tego Boga Majestatu (…)

Prosiłam o łaskę dla całego Instytutu. Pan nasz odpowiedział: „Udzielam jej, lecz wymagam trzech rzeczy. Po pierwsze: nie trwońcie czasu, który macie ofiarować przed Najświętszym Sakramentem. Po drugie: żądam wielkiej wierności. Po trzecie: życzę sobie wielkiego zawierzenia. Obiecuję wszystkie potrzebne łaski, aby wszystkie zakonnice stały się według Mego Serca”.

Podstawy czystej i szczerej modlitwy

Aby jednak modlić się z należytą gorliwością i czystością, należy stanowczo przestrzegać następujących wskazówek:

Po pierwsze, musimy całkowicie pozbyć się trosk związanych z naszym ciałem. Nie powinniśmy też kłopotać się żadnymi sprawami czy interesami, co więcej, nawet myśli o nich nie powinniśmy dopuszczać do naszego serca. Poza tym, musimy zaniechać obmawiania, czczej gadaniny, wielomówności i głupich żartów, a przede wszystkim, całkowicie wykorzenić zamęt powodowany gniewem i smutkiem, oraz doszczętnie usunąć szkodliwe zarzewie pożądliwości cielesnej i chciwości. Dopiero po tak starannym oczyszczeniu duszy z wad widocznych ludzkim okiem, dzięki któremu uzyskamy prostotę, niewinność i czystość – możemy przystąpić do pierwszego etapu budowy, czyli do położenia mocnych fundamentów prostoty i pokory, na których będziemy budować duchową wieżę cnót, strzegąc przez cały czas duszy od zbędnych rozmów i niebezpiecznych rozproszeń, aby mogła wznosić się do kontemplacji i oglądania rzeczy niebieskich . Pamiętajmy, że to, co zrodzi się w duszy zanim przystąpi do modlitwy, będzie jej się przypominało w czasie jej trwania.

O modlitwie, decyduje więc wcześniejsze przygotowanie, ponieważ zawsze odzwierciedla ona aktualny stan umysłu. Zauważmy, że kiedy stajemy przed Bogiem, przed naszymi oczyma pojawiają się zaraz obrazy czynów, słów i myśli, aby stosownie do swej treści, pobudzać nas na nowo do gniewu lub smutku, dawnych żądz lub trosk.Wstyd powiedzieć, ale czasem na wspomnienie jakiegoś płochego żartu lub śmiesznego zdarzenia, potrafi nas też napastować niedorzeczna wesołość przeszkadzająca w skupieniu. Aby zatem nic niepotrzebnego nie pojawiło się w duszy podczas modlitwy, starajmy się już wcześniej dobrze ją oczyścić, wypełniając polecenie Apostoła: nieustannie się módlcie! (1 Tes 5,17), na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste, bez gniewu i sporu (1 Tm 2,8). Powiedzie się nam to wtedy, gdy dusza oczyszczona z wad i zanurzona w cnocie, jakby w jej naturalnym środowisku, karmić się będzie nieustanną kontemplacją wszechmogącego Boga.

Naturę duszy można dosyć trafnie porównać z lekkim piórkiem lub delikatnym puchem, które dopóki nie zostaną skażone z zewnątrz, tzn. dopóki nie nasiąkną wilgocią, mogą dzięki swej naturalnej lekkości poruszać się swobodnie i wznosić ku niebu, wspomagane lekkim powiewem wiatru. Kiedy jednak zostaną czymś pokropione lub polane, tracą tę zdolność i pod ciężarem wilgoci opadają na ziemię. Podobnie jest z naszą duszą. Dopóki nie opanują i nie obciążą jej światowe wady i troski, dopóki nie zepsuje „wilgoć” szkodliwej pożądliwości, będzie ona w naturalny sposób, dzięki swej czystości, wznosić się ku górze. Poruszona lekkim powiewem rozmyślania duchowego, będzie gardzić rzeczami nędznymi i ziemskimi a pożądać niebieskich i niewidzialnych.

Słusznie więc napomina nas Pan: Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych (Łk 21,34). Jeżeli więc chcemy, aby nasze modlitwy przeniknęły niebiosa, i to, co ponad nimi, oczyśćmy duszę z wszelkich wad i brudów namiętności, i przywróćmy jej naturalną lekkość: nasza modlitwa uwolniona
od ciężaru przywar, podąży wtedy wprost do Boga.

(Jan Kasjan, Rozmowy o modlitwie)

Modlić się psalmami

Słowo Chrystusa niech w was mieszka w ca­łym swym bogactwie: z całą mądrością nauczajcie i napominajcie siebie psalma­mi, hymnami, pieśniami pełnymi ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach (Kol 3,16)

Od samego wstąpienia do klasztoru spotkaliśmy się ze względnie nową formą modlitwy ustnej – z odmawianiem tego, co od reformy Pawła VI nazywa się „modlitwą liturgiczną godzin”, krótko mówiąc – z Bożym oficjum. Modlitwa liturgiczna godzin o tyle wtedy wydała nam się względnie nową, że wielu z nas znało już przedtem odprawiane (zresztą nie wszędzie!) niedzielne nieszpory parafialne. Niektórzy z nas, zwłaszcza pochodzący ze wsi, śpiewali psalmy nieszporne w archaicznym już dla nas przekładzie Franciszka Karpińskiego, nie zawsze wiernym ani dostatecznie dziś zrozumiałym. Podczas formacji postulanckiej czy nowicjackiej może nam wyjaśniano początki i znaczenie tej odtąd obowiązującej nas wspólnotowej modlitwy godzin, ale może częściej – nie. Tak więc dla wielu z nas Boże oficjum stało się i pozostało może do dziś po prostu składową częścią życia modlitwy. Część tę wprawdzie oceniamy jako niepodważalną, ale czy jest ona do końca przyswojona? Czy w pełni rozumiemy, skąd się wzięła i jakie ma dla nas znaczenie aktualne?

W naszym życiu osób konsekrowanych po pewnym czasie, gdy minął pierwszy zapał, z jakim radośnie przyjmuje się wszystko, co nowe w zakonie w porównaniu z życiem świeckim, mogły się pojawić w odmawianiu oficjum bądź nieuchronna rutyna bądź wręcz znudzenie tą formą modlitwy. Oba te stany duchowe mogły sprawić, że zaczęliśmy mało sobie cenić oficjum jako tylko „odmawiane”, a nie rozumiane i nie przeżywane głębiej. Na te nasze biedy pojawiała się od czasu do czasu zdrowa reakcja, przeważnie jako skutek nauk rekolekcyjnych czy też dni skupienia. Uświadamialiśmy sobie wtedy raz po raz potrzebę jakiejś walki ze znudzeniem oficjalną modlitwą chórową lub odżywała w nas przynajmniej chęć zerwania z rutyną w tym zakresie. Ta bowiem grozi nam nieuchronnie, jeśli się jej nie będziemy wciąż na nowo przeciwstawiać.

Na te oba zagrożenia – na nudę i na rutynę – poszukamy teraz jednego ze środków zaradczych. Będzie nim pogłębienie tego, czym naprawdę są Psalmy, które przecież stanowią większą część naszej modlitwy liturgicznej godzin. Posłużą nam do tego przytoczone w powyższym motto słowa Apostoła: nauczajcie i na­po­minajcie siebie psalmami. Poszukamy w nich źródła nieustannej jak­by katechezy o naszym życiu konsekrowanym i napomnień po­budzających do coraz to nowej w nim gorliwości.

Zastanówmy się wpierw nad przyczyną tak szczególnego zja­wi­ska dziejowego w Kościele, jakim jest jego przywiązanie w modlitwie właśnie do Psalmów. Choć żyjemy już od blisko dwóch tysięcy lat w czasach Nowego Przymierza, to jednak na­dal Psalmami modlimy się w oficjum. A Psalmy są to przecież pie­śni starożytnej świątyni jerozolimskiej Dawnego Przymierza, po której już nie ma nawet śladu. Skąd to dziwne przywiązanie Ko­ś­cioła? Czyż nie stać go było na pieśni bardziej aktualne niż to, co wyśpiewał Dawid i inni autorzy? Przecież wielu autorów aż po chwilę obecną zdobywało się na tworzenie nowych pieśni czy piosenek religijnych. Te jednak pozostawia nam władza kościelna do użycia dowolnego, mniej lub więcej paraliturgicznego, ponieważ Kościół oficjalnie woli modlić się właśnie Psalmami. To prawda, że posoborowa odnowa liturgiczna wprowadziła do nieszporów nieliczne kantyki Nowego Testamentu. Ale powstaje nowe pytanie: dlaczego tak mało jest kantyków w Nowym Testamencie w porównaniu aż ze 150 Psalmami Dawnego Przymierza? Odpowiedź jest prosta: Psalmy – to nie tylko czcigodny zabytek starożytnej literatury, lecz natchnione przez Ducha Świętego śpiewy Ludu Bożego. A ten Lud dzisiaj – poza świątynią jerozolimską i niezależnie od niej – nadal żyje jako Kościół już Chrystusowy. Dlatego też pojmuje inaczej niż dawni Żydzi treść i znaczenie tych śpiewów, bo dostrzegł w nich Chrystusa i swoją nową sytuację. Nazywamy to w języku fachowym transpozycją ich sensu. „Modlitwa Kościoła – to nieporównany cykl, w którym skutecznie odżywa misterium Chrystusa, żywa i trwała, pogłębiona nauka Kościoła” (Dom Bernard Capelle).

Różne były sposoby wykonywania Psalmów w świątyni (chóry i soliści), różny akompaniament rozmaitych instrumentów muzycznych (harfy, cytry, cymbały), różne gatunki literackie samych Psalmów, (indywidualne lamentacje, psalmy historyczne Ludu Bożego o perspektywach na daleką przyszłość, nawet eschatologiczną, psalmy królewskie, mesjańskie, dydaktyczne). Rozmaite były ich podstawowe tematy: dynamika walki z wrogami, tęsknota za Bożą interwencją, Mesjasz Pański, tzn. Kapłan, Sługa Cierpiący, Król-sędzia i Prorok Wiadomości o tym, w jakich okolicznościach powstawały poszczególne psalmy, mogą bardzo ożywić nasz udział w ich recytowaniu. Bez żmudnych studiów jest to dziś dostępne, gdyż na szczęście mamy już kilka bardzo pożytecznych, a niezbyt trudnych polskich opracowań wielu aspektów Księgi Psalmów. Do tych książek warto zaglądać i robić sobie z nich wypisy na kartkach, które potem znajdą się w odpowiednich miejscach psałterza w brewiarzach (bo wpisywać do nich chyba nie wolno…).

Zdając sobie sprawę z tej bogatej różnorodności, uwarunkowanej zmiennymi okolicznościami czasu powstawania poszczególnych psalmów, trzeba pamiętać, że jako całokształt natchnionych pieśni Ludu Bożego obu Testamentów mają one coś jednego, co trwa w nich niezmienne do naszych czasów. Jest to więź z Bogiem Przymierza, bliskim tak całemu swojemu ludowi, jak i każdemu z jego członków. Wyrazem tej bliskości jest choćby to, że w Psalmach Jahwe jest trafnie określany jako „nasz Bóg”, a obok tego także – w lamentacjach indywidualnych – jako „mój Bóg”. Bóg Psalmów jest Bogiem żywym, czynnym, niekiedy zaskakującym przez swoje działanie, zwłaszcza, gdy sądzi winowajców lub broni cierpiących niewinnie. Bóg Psalmów jest Bogiem tak bliskim, że interesuje się człowiekiem włącznie do szczegółów jego życia. To właśnie zachęca nas do tego, by poza oficjum, prywatnie modlić się Psalmami.

Nie tylko jawi się w Psalmach Bóg żywy, ale i człowiek w nich ukazuje się w całej prawdzie: począwszy od wyznania swojej nędzy grzechowej, bardzo szczerze i realistycznie nazywanej, aż po przejawy bliskiego zjednoczenia z Bogiem. Człowiek w Psalmach ukazuje się zarówno jako jednostka, która do „swojego” Boga ufnie się zwraca, ale też jako ktoś przynależny do ludu Bożego, dzielący z tym ludem chwile triumfu i klęski. Człowiek w Psalmach Boga przeprasza, prosi, wielbi i dziękuje za okazaną miłosierną miłość (chesed). Ten wszechstronny humanizm Psalmów sławił barwnie św. Grzegorz z Nyssy w słowach:

„Jak słodkim towarzyszem ludzkiego życia jest prorok Dawid, spotykany na wszystkich drogach żywota i z korzyścią włączający się w każdy wiek duchowy! Jak stosuje się do każdej gromady postępujących naprzód! Z tymi, co są dziećmi według Boga, bawi się; mężom pomaga w walce, wychowuje młodość, podpiera starość, dla wszystkich wszystkim się staje: bronią żołnierzy, kierownikiem zapaśników, palestrą ćwiczących się, wieńcem zwycięzców; przy stole wesołością, w żałobie pociechą. Nie ma w naszym życiu niczego, co by nie miało udziału w tej łasce. Czy jest jakaś moc modlitwy, która by nie łączyła się z Dawidem? Czy jest jakaś radość świąteczna, której by nie uświetniał prorok Dawid?

We wszystkich aspektach tu wyliczonych łatwo odnajdziemy nasze dzisiejsze potrzeby czy nastroje w różnych sytuacjach.

Warto zwrócić uwagę na to, że Ojciec św. Jan Paweł II parokrotnie w swoich różnych adhortacjach stwierdzał, że to, co w Psalmach i u Proroków odnosi do Izraela jako Ludu Bożego, można i powinno się stosować dzisiaj do osób konsekrowanych. Jako przykład podał też (Redemptionis donum 8) ufne słowa psalmisty skierowane do Boga:

„…ja zawsze będę z Tobą.
Tyś ujął moją prawicę,
prowadzisz mnie według Twego zamysłu
i na koniec mnie przyjmiesz do chwały.
Kogo prócz Ciebie mam w niebie?
Gdy jestem z Tobą, nie cieszy mnie ziemia.
Niszczeje moje ciało serca,
Bóg jest opoką mego serca i moim działem na wieki” (Ps 73,23–26).

Psalmy otrzymały trafne określenie „mikrokosmos biblijny (L. Bou­yer). Znaczy to, że w Psalmach skupia się jak w ognisku so­czewki cały świat Biblii, zwłaszcza odbija się w nich cały zbawczy plan Boga. Nie tylko jawi się przed nami dawna historia Ludu Bożego, ale w tej historii jest zawarta także nasza aktualna rzeczywistość i to na wiele sposobów, a także poniekąd nasza przyszłość – jak w Apokalipsie św. Jana.

O jednym z tych sposobów aktualizacji dziejów biblijnych pisze św. Paweł szerzej w swoistym midraszu godnym dawnego rabina, jakim jest 10 rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Apostoł przypomina wpierw adresatom etapy wędrówki Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej, naznaczone ich niewiernościami wobec Boga Przymierza, by na zakończenie swego wywodu wysnuć dla czytelników wniosek praktyczny: A to wszystko przydarzało się im jako zapowiedź rzeczy przyszłych, spisane zaś zostało ku pouczeniu nas, których dosięga kres czasów (1 Kor 10,11). Wyraźnie słyszymy tutaj ton przestrogi, która przechodzi w zachętę do ufności Bogu, o którym dalej zapewnia nas Apostoł: który nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać (w.13). Opisane w Psalmach dzieje starożytnego Ludu Bożego nie są więc tylko zapisem kronikarskim. Bardzo obrazowo to przedstawia nam Th. Merton:

Królowie obcych szczepów pustynnych przetrwali w Psalmach. Byli oni wrogami Izraela. Ich tajemnicze imiona dziś dla nas nic nie znaczą. Królowie ci wynurzają się z psalmowych wersetów jako niesamowici, symboliczni wrogowie, którzy grożą nam w naszych snach i znikają. Są oni mocami zła, które wciąż, także dziś, walczy z Kościołem (…) Te dawne boje, które opiewamy, są bardziej niż kiedykolwiek aktualne.

Na inny sposób Psalmy są dla nas aktualne jako proroctwa zapewniające nam świetlaną przyszłość w dziele Mesjasza. Ale wstępem do tego jest relektura Psalmów, mianowicie obecność Chrystusa widziana już oczyma pokolenia apostolskiego w I wieku wielorako w cytowanych w katechezie Psalmach. I tak w pierwszym swym wystąpieniu w dniu Zesłania Ducha Świętego św. Piotr powołuje się na relekturę Starego Testamentu, gdyż argumenty z niego niezbędne były w środowisku żydowskim. A w jej ramach na dowód rzeczywistego zmartwychwstania Jezusa przywołuje realizację nie tylko proroctwa Joela, ale także słów Ps 16,26n, że nie zostawi duszy psalmisty w szeolu, oraz cytuje jako dowód wniebowstąpienia Pana słowa mesjańskiego Ps 110,1 o zasiadaniu po prawicy Ojca (por. Dz 2,25–36). Ile nowych bogatych elementów do obrazu Mistrza z Nazaretu, znanego z Ewangelii, wnosi np. Ps 45, w którym się ukazuje najpiękniejszy z synów ludzkich boski Oblubieniec Kościoła. Dzięki więc chrystocentryzmowi Psalmów, wykrywanemu przez nas stopniowo śladem relektury apostołów, staną się one dla nas bardziej interesujące i bliskie.

Jeszcze przed Soborem pisał Th. Merton, a czerpał z tradycji monastycznej:

„Psalmy są pieśniami tego Miasta Bożego (oddzielonego od państwa tego świata, symbolicznie nazywanego Babilonem). Są więc głosem Mistycznego Ciała Chrystusa, pieśniami Boga na tym świecie. Śpiewając je, włączamy się pełniej w tajemnicze działanie Boga w dziejach człowieka”.

To zdanie streszcza głosy długiej Tradycji Ojców Kościoła na czele ze św. Augustynem i stanowi zarazem dla nas podstawę ożywienia naszego czynnego udziału w oficjum. Ten właśnie Święty Doktor Kościoła, który tyle miejsca w swoich dziełach poświęcił prawdzie o Mistycznym Ciele Chrystusa, łączył ją w kilku miejscach wewnętrznie z oficjalną modlitwą Kościoła, którą zawsze były przede wszystkim Psalmy:

Jeśli dwoje są jednym ciałem, czemu nie ma być dwojga w jednym głosie? Niech więc mówi Chrystus, gdyż w Chrystusie mówi Kościół, a w Kościele mówi Chrystus; tak Ciało w Głowie, jak Głowa w Ciele.

Nie znajdziesz w Psalmach innych głosów, jak Chrystusa i Kościoła, albo samego Chrystusa, albo samego Kościoła, czym oczywiście po części także my jesteśmy.

Pewnego Człowieka zazwyczaj słyszymy: który ma Głowę i Ciało. Głowa zaś jest w niebie, a Ciało na ziemi.

Jeśli więc nasza recytacja Psalmów będzie chrystocentryczna, z pewnością nie będziemy się podczas niej nudzić.

Ale co robić, gdy tonacja naszej duszy jest inna niż była u psalmisty starotestamentowego? Otóż i na to jest środek. Trzeba tylko uświadomić sobie fakt, że niejako „mundurem” członków Kościoła jako Mistycznego Ciała Chrystusa jest oficjum. Ktoś gdzieś przeżywa dramatyczne chwile jak niejeden psalmista to opisuje, ale sam przeżywając często w ogóle przy tym nie myśli o Bogu. Zamknięty w kręgu swego cierpienia czuje się osamotniony do tego stopnia, iż nawet nie przychodzi mu do głowy, by się zacząć modlić w takim stanie. Wtedy własnie my wyręczamy tego nieszczęśliwego samotnika przez to, że w jego imieniu błagamy Pana słowami, które Duch Jego natchnął. W ten sposób bez osobistego zaangażowania emocjonalnego w sytuacje dla nas nieaktualne, angażujemy się w nasze najbardziej aktualne zadanie, jakim jest czynna miłość bliźniego wyrażana za pomocą modlitwy wstawienniczej.

Ważną zachętą do gorliwego odmawiania Psalmów dla nas jest fakt, że za życia ziemskiego sam Pan Jezus modlił się Psalmami. Wiadomość tę czerpiemy najpierw stąd, że przestrzegał On sumiennie Prawa Mojżeszowego. A więc już od dziecka co szabat udawał się do synagogi na nabożeństwo, a począwszy od dwunastego roku życia trzy razy w roku brał udział w obowiązującej każdego Żyda pielgrzymce do świątyni jerozolimskiej na obchód trzech uroczystości: Paschy, Pięćdziesiątnicy i Namiotów. W skład jednych i drugich obchodów liturgicznych wchodził także śpiew psalmów.

Coś jednak więcej nam mówią Ewangelie o Psalmach na ustach Jezusa. Mianowicie Psalmy jawią się w Jego nauczaniu, w dobie męki i po zmartwychwstaniu. I tak w mowie polemicznej pyta przeciwników, czyim synem jest Syn Człowieczy, gdy zaś Mu odpowiadają „Dawida”, powołuje się na mesjański Ps 110, w którym przyszły Mesjasz jest przecież dla Dawida już Panem (por. Mk 12,35–37 par.). Uczta paschalna, jaką była ostatnia wieczerza, kończyła się w rytuale żydowskim przepisanym „hymnem” (Mk 14,26). Tak Żydzi nazywali psalmy tzw. małego Hallelu (Ps 115–118). Wtedy to właśnie w ustach Jezusa nabrały tak pełnego sensu, niepowtarzalnego ani przedtem ani potem, te słowa o zmartwychwstaniu po śmierci:

Nie umrę, lecz będę żył i głosił dzieła Pańskie (Ps 118,17).

Dalszymi słowami tego samego psalmu już przedtem Jezus się posłużył odnosząc je do siebie jako proroctwo o odrzuconym kamieniu, który stał się głowicą węgła (Ps 118,22n).

Jak życie, tak jego koniec, u Jezusa są splecione z modlitwą posługującą się słowami Psalmów. Woła On na krzyżu:

Eli, Eli, lema sabachthani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46 par.)

Są to, jak wiadomo, dobrze znane początkowe słowa Ps 22,2.

Ewangelista Łukasz tych słów w swoim opisie męki nie przytacza. Natomiast on tylko podaje jako ostatnie słowa Jezusa inny werset psalmowy:

Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego (Łk 23,46).

Te słowa pochodzą z lamentacji indywidualnej, jaką jest Ps 31,6. Są ufnym wołaniem psalmisty w niebezpieczeństwie. Nasza liturgia dziś nimi się posługuje pod koniec komplety, przez to samo sugerując, ze nasz sen jakoś trzeba połączyć z Chrystusową gotowością na śmierć.

Wreszcie Chrystus już zmartwychwstały zjawiając się wobec wylękłych i zdumionych apostołów rzutem oka wstecz obejmuje całe swoje życie jako Mesjasza i tak ogólnie się na Psalmy powołuje:

«To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach» (Łk 24,44 ).

* * *

Jak z tego widać, śpiewanie czy recytacja Psalmów łączy nas nieustannie ze zbawczym dziełem Jezusa Chrystusa, zawsze aktualnym w Kościele. Tak modląc się w pełni realizujemy tę doksologię, którą wyśpiewał wymownie św. Paweł:

Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej niż to, o co my prosimy czy rozumiemy,

Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen (Ef 3,20n).

O. Augustyn Jankowski OSB

Modlitwa na trudne czasy

Każdy z nas, czy zwykły człowiek, czy zakonnik, czy zakonnica przechodzi przez dni nie do wytrzymania, kiedy wszystko boli, wszystko drażni, wszystko ciąży na sercu, czy to samo życie, czy praca, czy samo otoczenie, kiedy od pięciu, dziesięciu lub dwudziestu lat powtarzają się te drobne, ale nieznośne zdarzenia.

Tak trudno wtedy się modlić! Mamy ochotę porzucić wszystko i otoczenie, i siebie samego. To właśnie wtedy modlitwa jest nam niezmiernie potrzebna, ale nam się albo nie chce, albo nie umiemy znaleźć słów, ani samego nastawienia, mimo że to jedyne lekarstwo.

Weźmy na przykład kilka takich sytuacji:

I Kiedy się okazuje, że nie mam racji!

Panie, jak to trudno! Po prostu mam przyjąć, nie szukając jakiejś wymówki, jakiegoś wytłumaczenia: że inni mnie źle zrozumieli, że chciałem mówić inaczej. Mam się zgodzić, że się mylę i to nawet często. Panie, uwolnij mnie od obawy, że otoczenie zobaczy, że źle zrobiłem. Będę szczery. Tak, przyznaję, że głupstwo popełniłem: lepsze to, niż wykręty. Sam Panie, powiedziałeś: „Niech mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie. Co nadto, od złego pochodzi.” (Mt 5,37). Aby to stosować w praktyce, muszę się zachować po męsku; dziecinady w moim wieku nie można tolerować: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię; kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.” (1 Kor 13,11). „Panie dobrze, żeś mnie upokorzył.” (Ps 119 (118),71). Właściwie troszczę się o to, co inni o mnie myślą, zapominając, czym jestem przed Tobą. Niczym nie jestem, ale wiem jedno: że spojrzysz na mnie z Twą nieskończoną miłością.

II Kiedy mam dosyć otoczenia!

Często się zdarza, że ludzie mnie męczą, ci, których nazywamy swoimi braćmi, siostrami. Bracia moi, siostry moje stanowią ludzki kontekst, w którym się poruszam, ale oni nie zawsze są zabawni! Oni są tak inni, odmienni ode mnie, i każdy – choć może nie zdaje sobie z tego sprawy – narzuca mi swój temperament. Lecz muszę go szanować jego osobę, sposób myślenia, jego manie, a czasem i dziwactwa. Ale to nie wszystko! Panie, pod tym względem jesteś niezmiernie wymagający i twój umiłowany uczeń Jan, a także św. Paweł upominają, że mamy się wzajemnie miłować. Panie Jezu, oto twoje przykazanie, i jeżeli go nie spełniam, jestem obłudnikiem; sama pobożność moja to kpina. „Jeśliby ktoś mówił: < Miłuję Boga, a brata swojego nienawidził, jest kłamcą; albowiem, kto nie miłuje brata swojego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi>.” (1 J 4,20). To jasne. Nie ma żadnych wykrętów. Może w moim sercu nie ma wyraźnej nienawiści, ale przed Tobą, Panie, muszę przyznać, że roi się tam od nieprzychylnych uczuć, antypatii, uraz. Mam ochotę zamknąć drzwi mego serca. Owszem, z paroma ludźmi jest mi łatwiej, porozumiewamy się, to jest dla nas wygodne, ale inni! Ktokolwiek puka do drzwi, powinienem go przyjąć nie chłodno, ale serdecznie, jak gdybym na niego czekał. Niestety, zbyt często zapominam, żeś powiedział: „Jeżeli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?” (Mt 5,46). Nie umiem rozpoznać w każdym kogo spotkam Twojego oblicza.

Panie, pomóż mi, abym nie zamykał się przed innymi. Może oni potrzebują tylko mego uśmiechu. Pomóż mi przezwyciężyć egoizm, który króluje we mnie, pomóż mi zapomnieć o sobie. Czytam w Ewangelii, że tłumy szły za Tobą. One Cię otaczały, biedni i chorzy, dzieci i starcy, nawet grzesznicy. Oni przychodzili do Ciebie dzień i noc. Naucz mnie zachowywać serce stale otwarte, bym mógł zrozumieć innych. Nadto oświeć umysł mój, abym sobie jasno uświadomił, że ja też mam temperament, swój sposób myślenia i że bez wątpienia nieraz działam innym na nerwy. Słusznie powiedział św. Paweł: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnijcie prawo Chrystusowe. Niech każdy bada własne postępowanie…” (Gal 6,2.4).

III Kiedy wiara we mnie się zaćmiewa

To chodzenie po nocy ma coś nużącego. Nic nie widzę, chodzę jak ślepy. Gdyby to trwało tylko chwilę, można by to znieść, ale dni, miesiące, lata mijają. Podobno Teresa z Lisieux przeżywała taką ustawiczną noc! Panie, stale powtarzasz w Ewangelii: „Jeżeli wierzysz, będziesz uzdrowiony”, „Wszystko możliwe jest temu, który wierzy” (Mt 6,22). Wierzyć! Oto warunek zbawienia. Ale mam wrażenie, że moja wiara porusza się mechanicznie, z przyzwyczajenia, nieraz boję się, że to tylko puste słowo. Całe życie doczesne jest tak tajemnicze; a cóż powiedzieć o życiu nadprzyrodzonym, o życiu pozagrobowym? Zazdroszczę tym, którzy nigdy nie doznawali najmniejszej wątpliwości, dla których dogmaty i cała nadprzyrodzoność, Opatrzność Boża, każde najmniejsze zdarzenie ma swoje wytłumaczenie. Oni pływają po spokojnych wodach. Tak bym chciał, by wszystko było jasne, udowodnione. Nie chodzi mi nawet o wielkie prawdy naszej religii. Wiem, że Chrystus Bóg – Człowiek, jest Prawdą i Drogą i Żywotem. Wiem, że bez Niego wszystkie drogi prowadzą do nicości; ale chodzi mi o cierpienie, o ogrom ludzkich cierpień, o zło, co tak jawnie szaleje dzisiaj, o wzajemne przenikanie się nadprzyrodzoności i dnia codziennego. A jeszcze to: na co służą te moje drobne zajęcia? Co one mają wspólnego z tajemnicą tamtego świata? Mistycy maja rację, kiedy piszą o ciemnej nocy wiary! Ale, Panie, słyszę Twój głos: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” (Mt 8,26).

W takim razie Panie, daj mi światło, dzięki któremu będę mógł spokojnie chodzić po nieznanych ścieżkach. Ale znów słyszę Twój głos: „Włóż rękę twoją do moich rąk. Będzie to dla ciebie lepsze iż światło i pewniejsze niż znana droga”.

Przebacz mi, Panie, jesteś zawsze tu, obok mnie, ale ja o tym zapominam i potrafię tego nie zauważyć.

IV Kiedy starość usadowi się w moim życiu

Wiem, że na to nie ma rady. Powoli ona rozgościła się we mnie, bez uprzedzenia. Długo się łudziłem i z prawdziwą litością spoglądałem na biednych kalekich lub nieruchomych, zapominając, że lada dzień starość może zapukać do moich drzwi. Tak też się stało. Tylko że ona nie pukała. Wlazła i nie pytając o pozwolenie, stała się Panią domu. Muszę z nią się teraz liczyć, a nawet okazywać jej niezwykłe względy.

Oto najwyższy czas na praktykowanie pokory. Inni zostali wyznaczeni na moje miejsce. Nie pozwól, bym zatonął w czczej gadaninie i bym czuł się w obowiązku udzielać na lewo i prawo swoich rad, opierając się na rzekomej nieomylności mego doświadczenia.

Trudno, muszę się zgodzić na większą samotność, ale to nie znaczy, że wolno mi być zgryźliwym.

Panie Boże, i ja mam nerwy, ale Ty poucz mnie o dobroci, o łagodności i o cierpliwości, kiedy ktoś przychodzi do mnie ze swymi żalami.

Panie, czas mija, idzie naprzód, tak jak młodość i wiosna; nie pozwól, bym stale wracał myślą do tego, co już minęło, głosząc, że wtedy szło lepiej.

Święty Benedykt poleca, bym miłował młodych, nawet jeżeli ci ostatni zapominają o moim wieku. Muszę wierzyć – znowu ta wiara – muszę wierzyć, że Opatrzność Twoja działa dziś jak wczoraj i że młode pokolenia przyniosą swoje bogactwa.

Oto wymarzony czas na modlitwę, na ofiarę. Oto główne moje obecne zadanie: modlić się za Kościół, za świat, za moje otoczenie, choćby w milczeniu. Będzie to ofiara wieczorna – sacrificium vespertinum – i tak, dzień po dniu, będę się przyzwyczajać do tego, że śmierć się zbliża, nie, nie śmierć, ale Życie i że Twoje nieskończone miłosierdzie czeka na mnie z otwartymi rękami.

o. Karol van Oost OSB

Odnajdywać ukrytego Boga

Ojciec Piotr Rostworowski objaśniał kiedyś cel życia monastycznego najpierw metodą „nie wprost”: nie nauka, nie duszpasterstwo, nie liturgia. Kiedy więc zapytano: a zatem co? – odpowiedział krótko, że „jest nim nasza nieustanna wewnętrzna przemiana pod wpływem Bożej łaski”. Tyle. Mnich jest człowiekiem, który ma dać się nieustannie kształtować Panu Bogu. Czy to jednak zadanie tylko dla mnicha? Akcent położony na życiu duchowym wydaje się jedynie szczególnie podkreślać rzeczywistość, którą na różny sposób żyje cały Kościół. Życie każdego człowieka ma się, w zamysłach Bożych, nieustannie pogłębiać, dźwigać z ziemi i ludzkiego sposobu postępowania i myślenia – ku nadprzyrodzoności. To jest perspektywa aktualna dla wszystkich.

Niedawno z ust pewnej dziewięćdziesięcioletniej siostry zakonnej, karmelitanki, usłyszałem takie świadectwo: „Moje życie jest dziś pełniejsze niż kiedyś; po dziewięćdziesięciu latach Bóg darzy mnie nowymi łaskami i nieustannie podnosi w górę ku sobie. Nie ma okresu w moim życiu, o którym mogłabym powiedzieć, że był bogatszy w Jego łaskę niż ten, który przeżywam obecnie. Właśnie dziś Pan Jezus daje mi jeszcze więcej niż kiedykolwiek – w umiłowanej kenozie”.

Duchowość benedyktyńska patrzy na życie jako dar Boży, któ­ry ma prawo i możliwość rozwijać się w człowieku nieustannie, aż po ostateczne spotkanie z Panem. Ktoś powiedział, że powinniśmy przeszłość szanować i z niej czerpać, ale nie powinniśmy nadmiernie zajmować się nią, tracąc kontakt z chwilą obecną, ponieważ wówczas nie tyle pielęgnujemy dawne wartości, ile z rozrzewnieniem wspominamy lata, w których jeszcze „żyliśmy naprawdę”.

Dlatego podejmując temat „Odnajdywać ukrytego Boga” chciał­bym powiedzieć o rzeczach nowych i starych, i to w podwój­nym układzie: starych – bo to Tradycja Kościoła sięgająca je­go początków i jeszcze wstecz, do starotestamentowych korze­ni, nowych – bo to Tradycja odkryta z wielką głębią współcześnie w ruchu benedyktyńskim. Dalej – znów starych, bo to współczesne odkrycie poszło niemal zupełnie w niepamięć, i no­wych – bo mimo wszystko zapoczątkowane idee znów się powoli przebijają i dochodzą do głosu.

Kiedy słyszymy o „szukaniu Boga”, myśl nasza odruchowo zmie­rza ku jakiejś „metodzie” tego poszukiwania. Jeśli mamy Go szukać, musimy przede wszystkim wiedzieć, jak to robić. Ro­zu­mowanie wydaje się słuszne, jednak już na początku łatwo nie­właściwie rozłożyć akcenty: zastanawiamy się mianowicie naj­pierw „co mamy zrobić”, a może nawet „jaką metodą się posłu­żyć” (współczesne prądy w duchowości – chrześcijańskie i nie­chrześcijańskie – aż roją się od takich różnych „metod”), gdy tymczasem krokiem podstawowym jest nie tyle pytanie o metodę naszego poszukiwania, ile najpierw o to, w jaki sposób Bóg objawia samego siebie. Jeśli będziemy wiedzieli, w jaki sposób Bóg się nam objawia, będziemy wiedzieli, jak Go szukać i odnajdywać. Możemy nawet powiedzieć: odnajdziemy Go w ta­kim stopniu, w jakim zrozumiemy jak i do jakiego stopnia nas szukał.

Duchowość benedyktyńska, wnosząc znaczący wkład w przy­go­towanie ostatniego soboru, zwracała między innymi uwagę wła­śnie na konieczność refleksji nad metodą, jaką wybrał sam Bóg, by się człowiekowi objawić. Ojciec Cyprian Vagaggini, mnich z opactwa św. Andrzeja w Belgii, a następnie profesor w St. Anselmo i autor znacznej części soborowej Konstytucji o Li­turgii Świętej, zwracał uwagę, że Bóg objawia się człowiekowi przede wszystkim w formie świętej historii. W swym znakomitym dziele zatytułowanym Il senso teologico della liturgia, do dziś na polski nie tłumaczonym, pisze w rozdziale wstępnym:

Objawienie chrześcijańskie, tak jak przedstawia je Pismo Święte, nie jest w pierwszym rzędzie „światopoglądem” czy czymś w rodzaju objawionej metafizyki. Nie byłoby nawet słuszne uważać, że jawi się nam ono najpierw jako pewna zasada życiowa czy kodeks mądrościowy, zbiór przepisów czy system moralny. Owszem, Pismo Święte z naciskiem taki system również podaje, ale zawsze jako bezpośrednie następstwo czegoś innego, jako naturalną konsekwencję innego czynnika, z którego wszystko wypływa.

Objawienie przedstawia się przede wszystkim, jako historia, święta historia, która rozwija się wciąż dalej i która w następstwie wymaga pewnej określonej normy życia. Jest ona nigdy nie ustającą ingerencją Boga w świat, zmierzającą do tego, by przyciągnąć do Niego stworzenia obdarzone rozumem, udzielić im Jego boskiego życia i w ten sposób zbudować kosmiczne Królestwo Boże. To jest decydujący i specyficzny punkt widzenia, z którego Objawienie przedstawia wszystko o czym mówi. Nie chodzi zatem w pierwszym rzędzie ani o metafizykę ani o etykę, ale o historię ze światopoglądowym tłem i moralnymi konsekwencjami. Nadaje to judeo-chrześcijańskiemu objawieniu szczególny akcent, który głęboko odróżnia je od każdej czystej filozofii lub etyki. Człowiek powinien tak a nie inaczej postępować nie na podstawie przemyśleń filozoficznych czy innych, ale dlatego, że Bóg w Chrystusie i w Duchu Świętym w ten szczególny sposób wkroczył w historię świata i człowieka, każdego człowieka. Objawienie chrześcijańskie mówi: ponieważ Bóg odnosi się do ludzi, do ciebie, dlatego – również i ty powinieneś, tak a nie inaczej postępować[1].

To jest bardzo ważne, fundamentalne stwierdzenie. Objawienie Boże kojarzy się często przede wszystkim ze zbiorem dogmatycznych prawd o Bogu lub kodeksem moralnych norm postępowania. Tymczasem Biblia od samego początku ujmuje rzecz inaczej – przedstawia najpierw działanie Boże w ludzkiej historii, działanie, które Go objawia i prowadzi do odpowiedzi ze strony człowieka.

Już dla Starego Testamentu – pisze dalej ojciec Vagaggini – charakterystyczne jest łączenie motywu moralności przede wszystkim z Przymierzem, które Bóg zawarł z Izraelem. Widać to na przykład w Księdze Wyjścia w rozdziale 20, gdzie mowa jest o przykazaniach. Pierwsze przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną (Wj 20,3) poprzedzone jest umotywowaniem: Ja jestem Jahwe, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli (Wj 20,2). Za drugim przykazaniem: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani obrazu,.. nie będziesz oddawał im pokłonu ani nie będziesz im służył (Wj 20,4n) następuje umotywowanie: gdyż ja Jahwe jestem Bogiem zazdrosnym (Wj 20,5). Nakaz zachowywania szabatu będzie uzasadniony słowami: albowiem w sześciu dniach stworzył Bóg niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich istnieje, a w siódmym dniu odpoczął; dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uświęcił go (Wj 20,11)[2].

Wszystko zatem, co człowiek ma czynić względem Boga i dru­giego człowieka, umotywowane jest zawsze jakimś konkretnym Bożym działaniem. Tak w Biblii jest zawsze – od opisu dzieła stworzenia, przez historię narodu wybranego po odkupienie do­ko­nane przez Chrystusa i perspektywę wieczności.

Przyjrzyjmy się opisowi wydarzeń, które bezpośrednio poprze­dziły spisanie Dekalogu na kamiennych tablicach. Jest to zna­ny opis powołania Mojżesza i przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Już pierwszy rzut oka pozwala dostrzec znamienną rzecz – ta historia nie zaczyna się od spisania dziesięciu przykazań, lecz nim kończy. Biblia nie ustawia więc człowieka w relacji do Boga mówiąc: przestrzegaj przykazań, a Bóg się tobą zajmie. Owszem – jest to prawda, ale nie podstawowa, ona ma jeszcze swój głębszy fundament: najpierw jest działanie Boże, przez które Bóg się objawia, a potem następuje wezwanie do odpowiedzi ze strony człowieka. Poszczególne etapy można byłoby przedstawić następująco.

Punktem wyjścia jest dotkliwe poczucie niewoli. Naród wybrany, który rozrósł się dość znacznie w Egipcie, budzi w faraonie pewne poczucie zagrożenia, które staje się przyczyną dyskryminacji Izraelitów, a następnie ich prześladowania. To poczucie niesprawiedliwości wywołuje najpierw charakterystyczny bunt, który widzimy na przykładzie zachowania się Mojżesza: widząc, jak jeden z Egipcjan bije Hebrajczyka, zabił prześladowcę i ukrył go w piasku (por. Wj 2,11n). Już nazajutrz przekonał się, że nie prowadziło to do żadnego rozwiązania, a tylko pogorszyło sytuację, bo sprawa się ujawniła. Z drugiej strony zobaczył też, że i sam problem jest głębszy niż mu się zdawało, oto bowiem z kolei dwaj Hebrajczycy kłócili się ze sobą (Wj 2,13) – a tego nie dało się już rozwiązać siłą!

Mojżesz stał się po całym tym zajściu tylko jeszcze większym wygnańcem, który szczególnie głęboko doświadczył prawdy o znikomości ludzkich sił w walce przeciw niesprawiedliwości. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że właśnie dzięki temu został przygotowany do zrozumienia Bożego działania, które może okazać się jedynie skuteczne w całej tej sytuacji. Dlatego objawił mu się Bóg w krzewie gorejącym. Zapowiedział swoją interwencję i zaprosił do udziału w swoim dziele:

Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (Wj 3,7n).

Pierwszą reakcją Mojżesza była niechęć do poddania się temu wezwaniu. Nie potrafił zgodzić się na swoją słabość, a nawet śmieszność: Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do swego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał (Wj 4,10). Spodziewał się może, że Bóg jakoś zmieni ten stan rzeczy, ale nic z tego – Bóg wskazał tylko na to, że Aaron będzie mówił do ludu zamiast niego (Wj 4,14–16). Było to wezwanie do głębokiej pokory: jeśli chcesz być narzędziem w ręku Boga, musisz zgodzić się na swoje braki, by pozorem własnej doskonałości nie przesłaniać innym Tego, który się tobą chce posłużyć. Dobry przywódca wie, kto spośród powierzonych mu ludzi potrafi jego własne braki uzupełnić.

Mojżesz po tej walce wewnętrznej ostatecznie zgodził się współpracować z łaską otrzymaną od Boga. Ta zgoda nie miała znamienia jakiegoś błyskotliwego, ludzkiego zwycięstwa, lecz wręcz kapitulacji. Ale była to kapitulacja ludzkiej dumy wobec objawienia Bożego, a to jest wspaniałe zwycięstwo nad sobą i – jak się to wkrótce okaże – udział w mocy Bożej.

W Biblii mamy teraz z kolei znany opis plag egipskich. Od wewnątrz sytuacja przedstawia się następująco. Po ludzku rzecz biorąc, argument, którym Mojżesz posługuje się, by przekonać faraona, aby wypuścił dobrowolnie Izraelitów ze swego kraju, wygląda wręcz śmiesznie. Faraon jest głową najpotężniejszego ówcześnie państwa, a tu jakiś przywódca małego narodu wchodzącego w skład imperium domaga się wolności! Reakcję faraona nietrudno przewidzieć… jego odpowiedzią jest, oczywiście, zwiększenie jeszcze, dotychczasowego ucisku. Warto jednak przyjrzeć się owemu argumentowi, z którym Mojżesz poszedł do faraona: Tak powiedział Jahwe, Bóg Izraela: Wypuść mój lud, aby urządził na pustyni uroczystość ku mojej czci (Wj 5,1b). Zauważmy – Mojżesz nie idzie do faraona, by upominać się o sprawiedliwość społeczną, „prawa człowieka” czy cokolwiek w tym rodzaju. Te argumenty mogłyby być bardzo szlachetne, ale nie byłyby w stanie nikogo przekonać. Argument, którym posłużył się Mojżesz, też nikogo nie przekonał, ale odzwierciedlał właściwie ukie­runkowany wysiłek: pragniemy oddawać cześć Bogu tak, jak Mu się prawdziwie należy, to znaczy – chcemy przez swoje, słowa, myśli i czyny stawać się uczestnikami Bożych dzieł. Liturgiści dzisiejsi dodadzą uwagę, że Bóg polecił Mojżeszowi argumentować wobec faraona w ten sposób, by ukazać, że w liturgicznym akcie kultu zawarte jest działanie Boże, które uwalnia człowieka z niewoli, działanie, w którym człowiek przez liturgię partycypuje[3].

Ten dobrze ukierunkowany wysiłek wydaje się w pierwszej chwili nie przynosić owocu, a tylko jeszcze pogorszenie sytuacji. Na naród izraelski spadają dodatkowe obciążenia i prześladowania. A jednak ten wysiłek nie jest znowu tak całkiem bezskuteczny – w rzeczywistości zaczyna się dziać coś dziwnego: następują plagi, jedna po drugiej. Kiedy Mojżesz mimo kolejnych niepowodzeń nie ustępuje, mając za sobą poparcie narodu, a więc w pewnym sensie wyrażając jego duchowy wysiłek – faraon w końcu musi się ugiąć! – giną pierworodni Egiptu (prześladowanie wszczęte przeciw Izraelowi zwraca się dokładnie przeciwko prześladującym), następuje noc paschalna, przejście przez Morze Czerwone i klęska armii egipskiej. Wówczas, po przejściu Morza Czerwonego, lud wybrany śpiewa pieśń wdzięczności swemu Bogu. Teraz widzi wyraźnie, że Bóg jest obecny w jego historii, że w tę historię wchodzi ze swoim potężnym działaniem, którym toruje człowiekowi drogę. Ta pieśń wdzięczności – komentuje w swym wykładzie ks. Madeja – to narodziny liturgii Starego Przymierza.[4] Jest to coś absolutnie odmiennego od liturgii pogańskich, ponieważ zaczyna się właśnie od wdzięczności, to znaczy – widzimy, że Bóg działa, że idzie przed nami, a my za Nim. Poganin myślał odwrotnie: najpierw my – potem bóstwo.

Dopiero teraz, na tle tego całego objawienia, następuje zawarcie przymierza na Synaju i spisanie Dekalogu. Zobaczyłeś, że Bóg jest obecny i działa – oto prawo, które pozwoli ci utrzymać się w Jego boskiej obecności i skutecznej mocy działania. Ten przejrzysty – rzec można – „liturgiczny” kontekst dziesięciorga przykazań uwalnia natychmiast człowieka z „niewoli prawa”, kierując jego umysł i serce ku żywej, miłującej i potężnej Osobie niewidzialnego Boga, który objawia mu siebie przez wyraźne, czytelne znaki i wydarzenia. Warto zauważyć, że kamienne tablice noszą odtąd zawsze nazwę „tablic przymierza”, a nie „ta­blic prawa”.

Odtąd każdy nakaz moralny, każda nauka wzywająca człowieka do wierności zawartemu przymierzu jest w Biblii tak podana, że człowiek niejako w sobie samym może dostrzec jej pierwotny fundament. Wypływa ona bowiem niejako z jego własnej historii, w której sam Bóg ma pierwsze słowo i czyn.

W najwyższym stopniu – pisze ojciec Vagaggini – ta motywacja jest charakterystyczna dla głównego przykazania, aby miłować Boga ponad wszystko. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: Teraz Izraelu, czego żąda od ciebie twój Bóg Jahwe – tylko tego, byś się bał swego Boga Jahwe, chodził wszystkimi Jego drogami, miłował Go, służył twemu Bogu Jahwe z całego swego serca i z całej swojej duszy, strzegł poleceń Jahwe i Jego praw, które ja ci podaję dzisiaj dla twego dobra. Do twojego Boga Jahwe należą niebiosa, niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej. Tylko do twoich przodków skłonił się Jahwe miłując ich. Albo jak będzie uzasadnione przykazanie miłości cudzoziemców, którzy mieszkają wśród Izraelitów: Bóg nasz jest Bogiem nad bogami, Panem nad panami. On wymierza sprawiedliwość sierotom i wdowom, miłuje cudzoziemca udzielając mu chleba i odzienia. Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej[5].

Ponieważ w historii narodu wybranego działanie Boga objawia się w sposób szczególny, wezwanie do wierności Przymierzu uzyskuje w słowach proroków, jak w żadnej innej księdze spisanej rękami ludzkimi, wyjątkową siłę przekonania. Ta siła wypływa nie tylko ze znajomości objawienia, ale i ze znajomości człowieka. Prorocy nie mają wątpliwości, że ci, do których mówią, są w stanie zawsze w istotny sposób zrozumieć kierowane do nich przesłanie. Może ono być niejasne w wielu punktach i jako takie stanowić przedmiot uważnych studiów, ale odnośnie do najgłębszego fundamentu niejasności nie ma. Nie ma wątpliwości co do zawartego przymierza i co do podstawowej odpowiedzi, na jaką człowiek w związku z tym może i powinien się zdobyć. Po światło nie musi iść daleko – ono tak naprawdę jest w nim samym.

Spójrzmy, z jaką siłą wzywa Bóg naród do nawrócenia ustami proroka Ozeasza, któremu najpierw każe ożenić się z nierządnicą, by tym potężnym znakiem wzmocnić jeszcze swoje wezwanie: Idź, a weź za żonę kobietę, co uprawia nierząd, [bądź ojcem] dzieci nierządu; kraj bowiem uprawiając nierząd – odwraca się od Jahwe (Oz 1,2b). Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór; ona bowiem już nie jest moją żona, a Ja już nie jestem jej mężem. Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. W przeciwnym razie obnażę ją zupełnie i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; uczynię ja podobną do pustyni, sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, że zginie śmiercią z pragnienia (Oz 2,4).

Cała Księga Ozeasza jest napisana w tym stylu. Tu nie ma wątpliwości, że trzeba zmieniać swój sposób postępowania – wezwanie do nawrócenia jest oczywiste. Ta księga gromiąc mroki ludzkiego myślenia, dowodzi jednak tym samym „nie wprost” zdolności człowieka do wejścia w relację z Bogiem. Tru­dno byłoby chyba poza tradycją hebrajską znaleźć księgę, któ­ra z taką mocą dowodziłaby fundamentalnej wrażliwości czło­wieka na objawienie Boże.

Nowy Testament doprowadza objawienie do pełni. Porządek objawienia pozostaje przy tym ten sam: najpierw jest Boże działanie, potem odpowiedź ze strony człowieka. Święty Jan ujmuje to celnie w jednym zdaniu: Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci (1J 3,16).

Ojciec Vagaggini komentuje:

Wciąż na nowo powtarza się ta sama podstawa: norma moralna wypływa z historii, nie z metafizyki, a już w ogóle nie z potrzeb czy życzeń ludzkich. Boskie działanie, które staje się podstawą dla moralności, tworzy tu jeszcze o wiele bardziej wyjątkową historię niż w Starym Przymierzu. Jego punktem kulminacyjnym jest fakt, że Bóg w Jezusie Chrystusie przyszedł do nas osobiście i z nami zamieszkał. Gdy Chrystus opuścił świat, zesłał od Ojca swego Ducha, który mieszka teraz
w wierzących, czyni ich dziećmi Bożymi i upodabnia do Chrystusa, by doprowadzić ich do ostatecznego celu[6].

Biorąc pod uwagę rzetelność objawienia się Boga człowiekowi, możemy wyciągnąć wniosek, że podstawą naszego „od­naj­dywania Boga” jest z jednej strony trzeźwa ocena niewystarczal­ności własnych sił, z drugiej – wiara, że mimo wszystko naprawdę jest to możliwe. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to wszelkie niepowodzenia spowodowane są albo zbytnią ufnością we własne siły, albo zwątpieniem w swoje możliwości poznawcze. Spójrzmy, jak argumentuje św. Paweł w 1 Liście do Koryntian:

Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa, będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy!Albo, czyż nie wiecie, że ten kto łączy się z nierządnicą stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – „dwoje jednym cia­łem” … Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?Za [wielką] bowiem cenę zostaliś­cie nabyci (1 Kor 6, 15–20).

W charakterystyczny sposób powtarza się ten zwrot: „Czyż nie wiecie?” Święty Paweł jest przekonany, że nie głosi nauki, któ­rej człowiek nie mógłby odczytać jako zapisanej w swoim własnym sercu. Stara się nie tyle „wyjaśniać”, ile uwrażliwiać adresatów na właściwe światło obecne w nich samych, które jedynie przygaszone zostało przez różnego rodzaju wpływy. Współczesny człowiek pytając o Boga, często czuje się jakby na rozdrożu, nie wie dokładnie, w którą stronę się skierować. I wtedy często pada z różnych stron zwodnicza odpowiedź: słuchaj, tak naprawdę nie wiadomo. Ta „odpowiedź” ze strony „życzliwych” przychodząc w momencie niepewności, podaje zwątpienie jako swoiste lekarstwo na tę niepewność. Człowiek zaś woli w coś raczej konkretnie zwątpić niż czuć się czegoś niepewnym, o ile nikt mu nie powie, że właśnie ta niepewność jest czymś bardzo wartościowym – punktem wyjścia, z którego może się rozpocząć prawdziwe poszukiwanie, wchodzenie w głąb samego siebie, docieranie do swej autentycznej, poznawczej wrażliwości. Święty Paweł powtarzając pytanie „Czyż nie wiecie?” budzi na nowo świadomość daru Ducha Świętego obecnego w Kościele.

W Liście do Rzymian św. Paweł głosi,

że Bóg zesłał nam Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla [usunięcia] grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech … Ci, którzy według ciała żyją, Bogu podobać się nie mogą. Wy jednak nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka … Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przy­brania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» (por. Rz 8,3–15)

Wydaje mi się, że skuteczność tych słów Apostoła mierzy się nie tylko treścią samej nauki, ale i tym maleńkim, wtrąconym jakby mimochodem, a jakże ciekawym słówkiem przecież. Święty Paweł jest apostołem, który nie tylko głosi, że Pan Bóg nas uwolnił, ale jest to człowiek, który widzi, że ci, do których mówi, są ludźmi obdarowanymi wrażliwością poznania rzeczy Bożych. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli (Rz 8,15). Bóg nie jest całkowicie ukryty, z ukrycia się Pana Boga płynie w stronę człowieka bardzo konkretne światło – w tym wypadku budzące poczucie synostwa Bożego. Sam Duch – czytamy dalej – wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8,16n).

Odsłania się w tych słowach wspaniały, liturgiczny fundament, na którym stanęła duchowość pierwotnego Kościoła: być dzieckiem Bożym znaczy być członkiem Chrystusowego Ciała, mieć głębokie poczucie, że całe życie, ze wszystkim, co się w nim dzieje i może dziać, jest zanurzone w Bogu. „Od­naj­dy­wa­nie Boga” jest jedynie coraz lepszym, głębszym zrozumieniem Je­go miłości i daru, który pozostawił Kościołowi. Człowiek nie tylko słucha Pana Boga, nie tylko stara się naśladować Chrystusa, ale ponieważ jest członkiem Jego Ciała, więc również razem z Nim żyje, cierpi, umiera i zmartwychwstaje. Nie jest tylko – by tak rzec – przedmiotem zbawczych zabiegów Pana Boga, ale dzięki nim stał się ludem kapłańskim (zob. 1P 2,9) – współ-ce­le­bran­sem Jego Paschalnego Misterium. To właśnie ze szczególną mocą podkreśla św. Paweł mówiąc, że chrześcijanin nie jest już niewolnikiem, lecz synem (zob. Ga 4,7; por. Rz 8,15). Zrozumienie tych słów musi z konieczności rodzić odwagę do stawiania czoła przeciwnościom. Odwagę, której towarzyszy cierpliwość i ta pokora, której nam św. Benedykt wypisał dwanaście stopni.

Myślę, że gdy Ojciec Święty rozpoczynał swoje pasterzowanie od tych znanych słów: „Nie lękajcie się!”, to były one też odwołaniem się do tego faktu, że człowiek nie jest znowu aż tak całkiem zabłąkany, by nie umiał dostrzec, czego się w świecie trzymać. Natomiast lęk przed konsekwencjami może być faktycznie w człowieku większy od pragnienia życia w prawdzie. Radą na to – myślę – mogłoby być ożywienie i kontynuowanie tego ruchu liturgicznego, który stanął u podstaw ostatniego soboru. On jakoś na nowo uświadamia nam, że Bóg nie jest gdzieś poza światem, że staliśmy się członkami Ciała Chrystusa, że objawienie to nie jest przykazana człowiekowi „od­gór­nie” moralność czy metafizyka, ale historia święta, w której pier­wsze słowo i pierwszy czyn należą zawsze do Boga. Świado­mość, że mimo własnych słabości, jesteśmy z Nim „złączeni w jed­no” przez sakramenty, musi zaowocować ufnością na miarę sprzeciwu zła, którego dziś doświadczamy.

O. Konrad Małys OSB